Aktualności O Rotary Klub Zarząd Członkowie Działalność Historia Galeria
 
 
 
Strona główna / Nasze poczatki
Rok rotariański 1996-1997. Prezydent Andrzej Zdunek.

 

            Obok mnie w Zarządzie klubu by­li: wiceprezydent Kazimierz Bryk, Pan Sekretarz Zdzisław Ry-chlik (tylko tej funkcji przysługuje zaszczytny tytuł Pan), skarb­nik Marek Prokop, którego wspierali Teofil Roguski i Jan Sien­kiewicz, mistrz ceremonii Krzysztof Skublewski oraz człon­kowie - Jan Baranowski, Henryk Tarański i Jerzy Toczołowski. Do Zarządu naleĹźeli równieĹź: past-prezydent Jerzy Łopatyński, prezydent-elekt Piotr Sendecki i wtedy juĹź wybrany gubernator-elekt Alojzy Leszek Gzella.


            „Chciałbym — mówiłem w inauguracyjnym wystąpieniu — Ĺźeby to był, podobnie jak poprzednie, rok dokonań. Sądzę, Ĺźe stać nas na to, by w działalności międzynarodowej przybliĹźyć do nas, do polskich klubów i całego Rotary, kluby ze Wschodu, z Kijowa i UĹźhorodu, a przede wszystkim ze Lwowa i Wilna. Chciałbym, Ĺźeby nasze działania w lubelskim środowisku spo­wodowały zwrócenie baczniejszej uwagi na kilkadziesiąt nisz­czejących na LubelszczyĹşnie polskich dworów — to były prze­cieĹź miejsca, skąd promieniowały polskość i kultura i my jako klub musimy zasygnalizować w róĹźny sposób ten problem, zwró­cić na te zabytki uwagę, a nawet pomóc władzom miasta i re­gionu w znajdowaniu ludzi i instytucji, którzy zajęliby się ich odbudową i utrzymaniem". Podkreślałem konieczność bliĹźsze­go poznania dorobku zawodowego naszych klubowych kolegów i spowodowania, by ich osiągnięcia, doświadczenia i moĹźliwo­Ĺ›ci oddziaływały w jeszcze większym stopniu na lubelskie środowisko. W działalności na rzecz młodzieĹźy sygnalizowa­Ĺ‚em potrzebę wzmoĹźenia kontaktów zagranicznych w postaci wyjazdów, stypendiów i studiów.


         „My w Rotary — pozwoliłem sobie przypomnieć — ciągle podkreślamy, Ĺźe podstawą naszej działalności jest tolerancja, odpowiedzialność, przyjaźń i akcep­tacja kaĹźdego, kto chce działać dla dobra drugiego człowieka"

  

          W naszej ocenie rok 1996-1997 był czasem codziennej uporczywej integracji klubu. Dążyliśmy do jak najlepszego poznania sie­bie, naszych zawodowych dokonań i moĹźliwości, by - znając je - wiedzieć na kogo i w jakim zakresie moĹźemy liczyć, w jakich dziedzinach współdziałać i współpracować. Były to np. infor­macje o badaniach genetycznych Jerzego Hortyńskiego, zain­teresowania dziennikarskie i literackie Alojzego Leszka Gzelli, projekty archi­tektoniczne Jacka Bieńkowskiego, inicjatywy i osiągnięcia mię­dzynarodowego stowarzyszenia „Emaus", w którym działał Ta­deusz Rułka, wizja zagospodarowania przestrzennego naszego regionu zaprezentowana przez Romualda Dylewskigo i Olgier­da Olszewskiego, problemy polskiej psychiatrii, które przybli­Ĺźył nam Zygmunt Bogusz, zagadnienia chmielarstwa i browar -nictwa będące domeną Leszka Stodółkiewicza, sprawy admi­nistracji państwowej i tworzących się izb rolniczych, o których mówił Marek Pomorski. Jerzy Łopatyński i Jerzy Toczołowski przedstawili funda­cję wspierania lubelskiej okulistyki. Jerzy Karski informował o trzecim juĹź roku funkcjonowania Francuskigo Studium Or­ganizacji i Zarządzania w Lublinie działającego pod auspicja­mi WyĹźszej Szkoły Handlowej EDHEC w Lillie we Francji. Teo­fil Roguski skrupulatnie odnotowywał wszelkie prace i poczy­nania związane z przygotowaniami do otwarcia lubelskiego Hospicjum, w czym klub nasz miał niemały udział. Nadchodzi­Ĺ‚y teĹź dary na ten cel z zaprzyjaĹşnionych klubów francuskich (np. 45 tys. zł, 400 sztuk bielizny pościelowej i koców oraz 300 par butów). Członkowie naszego klubu ze zbiórek i sprzedaĹźy cegiełek zebrali 10 tys. zł. Firma budowlana naszego kolegi Henryka Tarańskiego wykonała prace na rzecz Hospicjum na sumę około 25 tys. zł. Kolega Zbigniew Czmuda przekazał sprzęt o wartości ok. 6 tys. zł. Bardzo wzruszającym gestem było prze­kazanie przez Teofila Roguskiego kwoty przeznaczonej na jego klubowe imieniny właśnie na rzecz Hospicjum. Bogdan Adamczyk — jak zwykle barwnie — mówił o fizyce i logopedii oraz wynalezionym przez siebie urządzeniu do korygowania wad wy­mowy „Echo".

 

            Zapraszaliśmy na nasze zebrania gości z zewnątrz. Woje­wódzki Konserwator Zabytków Halina Landecka zapoznała nas z długą listą starych dworków, które moĹźna wykupić i pod nad­zorem konserwatora zagospodarować. Wywołało to duĹźe zain­teresowanie i oĹźywioną dyskusję. Były nawet z naszej strony indywidualne starania o wykupienie niektórych obiektów, co prawda z róĹźnym skutkiem. Problemy środowiska muzyczne­go i nowo otwartej Filharmonii im. Henryka Wieniawskiego przybliĹźyła jej dyrektor naczelny i artystyczny Teresa Księska-Falger. O turystyce i 76-letniej działalności „Orbisu" mówiły panie dyrektor Katarzyna Moś i Danuta Stępień, o Stowarzy­szeniu Kobiet Biznesu - Joanna Mesjasz. Powstającą w Elizówce pod Lublinem giełdę rolno-owocową przedstawił jej pre­zes Wojciech Włodarczyk.Gościem klubu była równieĹź siostra Romula Maria Dobrenko ze Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Św. Ducha de Saxia, która przedstawiła kłopoty z rozbudową i funkcjonowaniem integracyjnego przedszkola w Lublinie. Wizytę złoĹźyła nam Dora Kacnelson z Drohobycza na Ukrainie, mówiąc o trudno­Ĺ›ciach z egzystencją Polaków na wschód od Bugu, której kilka­krotnie pomagaliśmy w zgromadzeniu róĹźnych darów dla na­szych rodaków na Wschodzie, m.in. książek.


            Odbyła się teĹź doroczna wizytacja przedstawiciela prezy­denta Rotary International na Polskę, Szweda, Gunnara Fjellandera - wypadła dobrze. Wśród wielu gości zagranicznych była teĹź prof. Dina Aleksiejew z Sankt Petersburga z Rosji, gdzie pracuje nad genetyką roślin, a nas odwiedziła m.in. ze względu na bliską współpracę z rotarianinem z lubelskiej Aka­demii Rolniczej, prof. Jerzym Hortyńskim.


            Gościliśmy wiosną 1997 roku młodzieĹźową orkiestrę sym­foniczną z Douai we Francji, która dała w naszym kraju kilka koncertów, m.in. w filharmonii lubelskiej. Przygotowaliśmy teĹź kilkunastodniowy wyjazd młodzieĹźy z Lubelszczyzny do Wiel­kiej Brytanii. Polscy licealiści pojechali na zaproszenie Klubu Rotary w Mailing koło Londynu. Tam pracowali opiekując się pensjonariuszami Domu dla Dzieci Upośledzonych Umysłowo, a w wolnych chwilach poznawali uroki i zabytki brytyjskiej stolicy. Przygotowaniem wyjazdu zajmowali się głównie Jerzy Hortyński i Ryszard Polikowski.

W roku rotariańskim 1996-1997 obchodziliśmy teĹź 5-lecie koła pań — Inner Wheel, pomagaliśmy w przedsięwzięciach Rotaractu i wydawaliśmy kolejne numery „Listów Rotariańskich". Mocnym akcentem kończącej się kadencji był w czerwcu 1997 roku udział w uroczystościach inauguracyjnych polskiego Dys­tryktu 2230 w sali koncertowej Akademii Muzycznej w War­szawie.


            KaĹźdy prezydent klubu na czas swojej kadencji wybiera jakąś myśl czy motto działania. Naszemu Zarządowi przyświe­cały słowa księdza i poety Jana Twardowskiego. Nie dlatego, Ĺźe to ksiądz i nie dlatego, Ĺźe poeta, ale dlatego, Ĺźe wypowie­dział bardzo — według nas — rotarianskie słowa: „Nauczmy się kochać ludzi - tak szybko odchodzą..."

 
OsĂłb On-line: 1
Licznik odwiedzin: 2153
Dzisiaj stronę odwiedziło: 718 osĂłb
Wczoraj stronę odwiedziło: 101 osĂłb
 
Brazylia
Sukiennik Albert
2008-08-11
Miasto...............: Sao Paulo
 Klub wysyłający.: Rotary Club Łódź 4 Kultury
 Klub przyjmujący: Rotary Club de Sao Paulo
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: trebla13@o2.pl
O sobie...

    Nazywam się Albert Sukiennik, mam 15 lat, prawie 16. Urodzony 16 września '92.

    Wyjeżdżam do pięknego kraju... Brazylii. Bardzo się cieszę na ten wyjazd. Jadę przede wszystkim by nauczyć się języka, zdobyć doświadczenia życiowe i zwiedzić kawałek świata.

    Interesuję się przede wszystkim sportem. Trenowałem każdą możliwą dyscyplinę. Ostatnio trenowałem szermierkę ale niestety kontuzja pokrzyżowała mi plany. Wiem, że będzie to piękny rok dla mnie. Opalać się nie muszę ale nie obrażę się jak troszkę się, opalę.

    Pozdrawiam gorąco i życzę wszystkim, którzy już wyjechali udanego wyjazdu i dobrej pogody. Mam nadzieję, że ktoś podzieli się ważnymi informacjami i uwagami co do wyjazdu. Jak już wyjadę odpiszę na każdego maila.





List do Chairmana Wojciecha Śmigla ...                   [2009.02.01]

       Przepraszam, ze pisze tak późno ale były wakacje. Tutaj jest dokładnie na odwrót jak w Polsce. Teraz mamy środek lata i koniec wakacji.

   Wakacje udały się znakomicie. Wyjechałem z host rodzina na piękna plażę. Załączyłem zdjęcie. Spędziłem tam Nowy Rok. Pokaz fajerwerków był niesamowity.
   Wczoraj mieliśmy pierwszy dzień szkoły. Było dużo śmiechu. Jedynym problemem jest godzina szkoły. Wstaje o 5:45 żeby na 7:10 być w szkole. Załączam również zdjęcia z klubu rotary który jest piękny. Dodaje zdjęcie moje z host bratem z domu znajomego. Zdjęcie host mamy z bratem.

   Chciałbym Panu serdecznie podziękować za to ze tutaj jestem. Za możliwość tego pięknego wyjazdu który na pewno zaowocuje w przyszłości. Człowiek będąc tyle czasy, sam poza domem bardzo się zmienia. Ale pozytywnie ! W głównej mierze jestem tutaj dzięki Panu i za to serdecznie dziękuje !

   Chciałbym Panu również złożyć opóźnione ale szczere życzenia z okazji Bożego Narodzenia i z okazji nowego roku !

Życzę dużo zdrowia, szczęścia i pomyślności !

Pozdrawiam Pana gorąco !

Brazylia
Wachnicka Kamila
2008-08-05
Miasto...............: Guarapuava stan Parana
 Klub wysyłający.: RC Kraków Wanda
 Klub przyjmujący: RC Guarapuava Guairaca
 Okres pobytu....: sierpień 2008- lipiec 2009
 Kontakt.............: kamila.wachnicka@gmail.com
O sobie...

    Nie będę pisać dużo o sobie, bo nie jest w moim stylu pisać długie wypracowania, a poza tym nie chcę was zanudzać.
   Nazywam się Kamila Wachnicka. 27 sierpnia skończę 18 lat (możecie mi przysłać życzenia urodzinowe). W tym roku skończyłam II klasę liceum ogólnokształcącego w Piekarach koło Krakowa, profil matematyczno-fizyczny.

   Moim żywiołem jest woda. Uwielbiam pływać, skakać do wody, kąpać się w morzu (dlatego wizja brazylijskich słonecznych plaż tak mnie nakręca). Poza tym lubię grać w siatkówkę i koszykówkę. Jestem niepoprawną optymistką i staram się wciąż uśmiechać.

   Dlaczego chcę jechać do Brazylii..... żeby móc opowiadać coś interesującego wnukom, oczywiście żartuję. A kto by nie chciał lecieć do kraju mistrzów świata w piłce nożnej, siatkówce (zarówno plażowej jak i halowej), pięknch plaż, karnawału, ciągłych fest i zabaw, przystojnych Latynosów o nieskazitelnie białych zębach, kolorowych ciuchów, amazońskiej puszczy i dzikich plemion, kraju ludzi otwartych, beztroskich i ciągle uśmiechniętych. Wizja "ficar" też jest bardzo kusząca (jak nie wiecie co to jest to chętnie wam wytłumaczę). Oczywiście o tym, że będzie to przygoda mojego życia i nauczę się przy okazji obcego języka nie muszę nikogo zapewniać.

   Miało być krótko,ale tak jakoś wyszło.

Ps. jakbyście chcieli zobaczyć garapuavęto zapraszam (to tak na zapas, jakbym później zapomniała)
Meksyk
Barcikowska Marcelina Maria
2008-08-14
Miasto...............: Tampico
 Klub wysyłający.: Rc Toruń
 Klub przyjmujący: RC Tampico
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: m_m_m_b@wp.pl
USA
Dec Ludwika
2008-08-16
Miasto...............: Alford, Massachusetts
 Klub wysyłający.: RC Kazimierz Dolny
 Klub przyjmujący: RC Salisbury CT
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: ludwika_d@hotmail.com
O sobie...

    Nazywam się Ludwika Dec. W tym roku skończyłam pierwszą klasę pre-IB przygotowującą do matury międzynarodowej w I LO im. Stanisława Staszica w Lublinie. Lubię sport, muzykę i języki obce. Uwielbiam spędzać czas z innymi ludźmi.

    O wymianie marzyłam już od wielu wielu lat. Chcę przeżyć wspaniałą przygodę,nawiązać nowe znajomości i przyjaźnie, poznać amerykańską kulturę, objechać całe Stany i oczywiście podszlifować swój angielski.
   Jestem pewna, że ten rok będzie wspaniały!
Kanada
Kotkowski Grzegorz
2008-08-16
Miasto...............: St. Albert
 Klub wysyłający.: RC Wrocław-Centrum
 Klub przyjmujący: St. Albert Rotary Club
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: gregri@wp.pl
O sobie...

    Nazywam się Grzegorz Kotkowski. Mam 17 lat i właśnie skończyłem pierwszą klasę XIV LO we Wrocławiu profil matematyczno-informatyczny. Interesuję się głównie fizyką, a w szczególności kosmologią. Na bok nie odkładam również matematyki, gdyż jest ona moim narzędziem w poruszaniu się po równaniach opisujących wszechświat. W wolnych chwilach szaleję na rolkach, a zimą gram w hokeja. Często spotykam się z moimi przyjaciółmi, z którymi łączą mnie wspólnie przeżyte przygody w harcerstwie.


Po co przyjechałem...

   Wiadomo, podszkolić się w języku, nauczyć samodzielności, zastanowić nad życiem, zobaczyć inny kraj, religię i kulturę. To za mało. Jadę również, zostawiając moją małą Wrocławską Ojczyznę daleko za sobą, aby zatęsknić i docenić mój kraj i moje miasto. Moją rodzinę i przyjaciół.
   Chcę wrócić za rok z nową energią i doświadczeniem, aby zacząć budować nowy lepszy świat na mocnym fundamencie, który odkryje najlepiej, kiedy mi go zabraknie.



Moja podróż...                   [2008.08.20]

    Leciałem do Kanady z dwoma przesiadkami i oczywiście celnicy w Toronto musieli mnie przetrzymać i spóźniłem się na samolot do Edmonton. Oczywiście nie miałem dolarów kanadyjskich a w szczególności monet aby zadzwonić, więc wielce się natrudziłem, aby poinformować rodzinę, że przylecę godzinę później. W końcu wysłałem e-maila i wszystko się dobrze skończyło


Kanada...                   

   Wymieńcy w Meksyku i Kanadzie się pewnie teraz opalają, a ja już widziałem pierwszy szron na szybie samochodu. zbliża się Kanadyjska zima... W Kanadzie mają świetne autostrady lecz każdy jeździ z prędkością 100 km/h. Co za nonsens. Nie widziałem jeszcze wkoło policji, a nikt nie przekroczył prędkości nawet o 10 km/h.

Moja rodzina...                   

   Moja rodzina nie jest zbyt zamożna, ale mam wszystko co zapragnę. Dali mi do dyspozycji wielki pokój, łazienkę, komputer, 2 telewizory, radio, kolekcję 200 kaset video ze wszystkimi filmami świata. Wczoraj cały dzień uczyli sie wymówić moje imie. Dzisiaj doszli do wniosku, że "Greg will be fun". We wtorek zaczyna się szkoła i zobaczymy co o mnie nauczyciele powiedzą.


USA
Bartkiewicz Bartłomiej
2008-07-30
Miasto...............: Durgano (Colorado)
 Klub wysyłajacy.: RC Olsztyn
 Klub przymujący: Rocky Mountain RC
 Okres pobytu....: wrzesień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: bartand@wp.pl
O sobie...

Bartłomiej Bartkiewicz, jadę do USA do Durango (w stanie Colorado). Chodzę do IV LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCEGO W OLSZTYNIE do klasy matematyczno-geograficznej,mam 17 lat. Interesuję się głównie żeglarstwem, siatkówką, ratownictwem wodnym.

   Na wymianę jadę po to,aby zwiedzić kawałek świata, poznać nowych ludzi i kulturę, podszlifować język, zdać amerykańską maturę (o ile będzie to możliwe).


Podróż do Durango...                2008.08.23

   Podróż minęła mi świetnie. W samolocie z Monachium do Denver spotkałem Niemkę, która też leciała na wymianę ale z innej organizacji. Rozmawialiśmy po angielsku,w sumie to przegadaliśmy ok.1/3 lotu!
    Oczywiście nie obyło się bez przygód. W Denver ledwo zdążyłem na samolot i jakby tego było mało, to moje dwie walizki zamiast polecieć do Durango zostały w Denver oczekując na lot do Monachium! Na szczęście dzięki szybkiej interwencji odesłali mi bagaż tego samego dnia. Tak więc dla tych którzy jeszcze nie wylecieli-jeśli zgubią wasz bagaż od razu to zgłoście!!!



U mnie wszystko super ...                   [2008.10.16]

   U mnie wszystko super. W piątek byłem na paradzie zorganizowaną przez studentów z Fort Lewis College. W sobotę wraz z drużyną harcerską na której spotkania chodzę pojechaliśmy poza miasto i graliśmy w paintball. W niedzielę byłem na spotkaniu, na którym byli wszyscy wymieńcy uczący się w moim liceum;nie tylko z Rotary. Niestety nie mam czasu żeby się rozpisywać;w załączniku przesyłam kilka zdjęć z wycieczki Lake Powell i Konferencji Rotary.


USA
Szwaj Magdalena
2008-08-01
Miasto...............: Valhalla
 Klub wysyłajacy.: RC Lublin Centrum
 Klub przymujący: RC of Mount Pleasant, Valhalla
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: rubi-dude@hotmail.com
O sobie...

   Nazywam się Magdalena Szwaj i jestem uczennicą drugiej liceum w klasie IB. Od czterech lat mieszkam tylko z siostrą w Lublinie, gdzie chodzimy razem do szkoły. Jednak moim rodzinnym miastem jest Parczew. Mam 16 lat a moją największą pasją jest śpiew.
   Wymiana jest dla mnie nowym doświadczeniem oraz szansą poznania nowych ludzi, miejsc i języka. Mam nadzieję, że roczny pobyt w Stanach będzie niezwykłą przygodą!


Podróż...         2008.08.24

    Szczęśliwie dotarłam do USA. Lot był bardzo spokojny. Rodzina przyjęła mnie bardzo serdecznie z wielkim napisem "Magdalena". Powoli się przyzwyczajam do trochę innego stylu życia i niedługo wybieram się zwiedzić cały Nowy York!



47 dni za mną...                   [2008.10.08]

    Pierwsze 1,5 miesiąca zleciało nawet nie wiem kiedy! Bardzo szybko przyzwyczaiłam się do mojej nowej rodziny i stylu życia, bo jest troszkę inny. Moje host siostry są boskie, choć czasami lubią sobie pokrzyczeć, jak w każdej rodzinie! Znam też moją 2 rodzinę z którą będę od stycznia.

    Sara moja sister też jest w moim grade! Szkoła nie sprawia mi żadnego problemu chyba, ale słownik się nosi bo uczę się języka. Materiał to w większości powtórka.

    Jestem w 11 grade choć exchange students są zazwyczaj seniors, nie przeszkadza mi to jednak bo mam w nim dużo przyjaciół. Traktowana jestem jak zwykły amerykański uczeń i cieszy mnie to niezmiernie. Kocham ekonomie z Mr Phibinem normalnie całą lekcję pękam ze śmiechu.. Oczywiście piszemy najpierw teścik a potem rozpracowujemy kto gdzie mieszka na smart boards.

    Zakochałam się w NYC! Magiczne miasto a raczej metropolia! Właśnie jutro jedziemy do polskiej restauracji ze znajomymi i siostrami. Jednak tęskni się za polskim jedzonkiem.. Jak ugotowałam tu polski dinner to po chwili już go nie było:!

    Większość moich znajomych to tutejsi obywatele. Jakoś trudno spotkać wymienców koło Nowego Yorku. Nawet w szkole jestem jedyna. Co zabawne kolega z którym jestem w niektórych klasach mówi po polsku! Więc czasami sobie przypominam jak to brzmi mój język.

    Za tydzień wybieram się na Bermudy z wymieńcami z całego dystryktu więc poznam ich trochę więcej. Już się nie mogę doczekać!.

    Niedawno miałam przesłuchanie do Variety Show w szkole, oczywiście mnie przyjęli ale ciekawa jestem reakcji jak zaśpiewam cos polsku przed cała szkołą. Będzie zabawnie! Ponad miesiąc grałam w tenisa ale musiałam zrezygnować bo zaczęłam naukę śpiewu. Tęsknię za moja drużyną..! Było fajnie siedzieć do wieczora na meczu, marznąc i objadać się candies.. A co do Sweet 16 to szkoda że u nas nie obchodzimy bo zabawa jest boska. A i boskie są jeszcze wyprzedaże w galeriach. Kocham to! haha.








On-To-Bermuda 2008 ...                   [2008.11.13]

    Aż nie wiem od czego zacząć i ile zdjęć pokazać bo mam ich aż 2 tys.!:) Tydzień na Bermudzie na zawsze już pozostanie w mojej pamięci.. było cudownie!

    Na nasz lekki odpoczynek od szkoły wylecieliśmy w niedziele Oct 19 ja razem z moja koleżanką z Argentyny i Tommym- wiceprezydentem Rotary w naszym dystrykcie. Podroż była bardzo krotka, z Nowego Yorku lot trwa tylko 1,5 godz. Jak wyładowaliśmy pod wieczór- padało.. Nastrój poprawili nam czekający na lotnisku exchange students z Bermudy a było 7. To właśnie czas z nimi w tak cudownym miejscu zapamiętam do końca życia! Tęsknię za nimi strasznie.

    Kiedy na 2 dzień zobaczyłam wyspę w blasku słońca to normalnie rajjjj!!! Na żadnej wyspie w Europie czegoś takiego nie widziałam. Mówią ze to karaibska wyspa i maja racje bo plaża to jedna wielka błękitna laguna:). Sama w sobie wyspa jest bardzo malutka. Lotnisko znajduje się na 2 końcu wyspy tylko 20 min zajęło nam by dotrzeć do naszego apartamentu na 2 wybrzeżu. Stolica wyspy- Hamilton, to tam znajdują się hotele, restauracje i okroooopnie drogie sklepy pomijając Louis Vuitton. Toteż na zakupach byłam raz! :D Na każdy dzień mięliśmy plan zajęć który poprawiano milion razy. W poniedziałek rano pojechaliśmy na jetski. Był odjazdowo nawet kiedy się raz wywróciłyśmy! Przyznam ze byłam cala potłuczona i obolała przez następne 5 dni ale było warto.

    Następnie zjedliśmy typowo amerykanki lunch i poszliśmy na plażę. Cóż za plaża to zobaczycie poniżej chociaż w następnych dniach odwiedziliśmy tez inne- nieziemskie! Aż zazdrość mnie zżera ze moi znajomi maja to na co dzień. przez rok.

    Na drugi dzień mieliśmy lunch w Hamilton Rotary at the ROYAL HAMILTON AMATEUR DINGHY CLUB. Jedzenie i kolacje na Bermudzie yummy prawie jak w domku. Resztę dnia spędziliśmy na najpiękniejszej plaży i chyba nie tylko dla mnie bo była boska z różowym piaskiem, błękitną woda i skalami musicie to zobaczyć żeby uwierzyć. Jej nazwa to the Horseshoe Beach. Kolacje mieliśmy w jednym z bardzo wykwintnych hoteli. Oczywiście opowiadaliśmy Rotary o sobie.    

Słowa które najbardziej pamiętam z naszych wieczornych kolacji to mowa prezydenta Rotary: "You're the future!". Ty było bardzo mile i jak ważnie się poczuliśmy:).
USA
Ropek Michał
2008-08-01
Miasto...............: Medina , OH
 Klub wysyłajacy.: RC Kraków Wanda
 Klub przymujący: Medina RC
 Okres pobytu....: wrzesień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: michal.ropek.25@gmail.com
O sobie...

   Nazywam się Michał Ropek. Ostatni rok mieszkałem w Piekarach (Kraków ), gdzie ukończyłem pierwszą klasą w LO CERN 2000 o profilu matematyczno-fizycznym. W wolnych chwilach gdy się uda, troszkę fotografuję. A gdy w około biało staram się każdą okazję wykorzystać aby spędzić czas na stoku. Poza tym bardzo lubię wodę i wszystko co z nią jest związane.
   Interesuje mnie także zjawisko hipnozy i rożne dziwne rzeczy: spirytyzm, vampirtyzm, opętania itp. Jest to ciekawość czysto teoretyczna. Co za tym idzie lubię horrory o tej właśnie tematyce.

   Powodów dla których chcę pojechać na wymianę jest napraaawdę bardzo dużo. Zawsze fascynowały mnie obce kraje, poznanie ich kultury, tradycji i przede wszystkim języka. Kolejny to spotkanie ludzi, których na pewno nigdy nie zapomnę, a którzy są z całego świata. A jeden z ostatnich, bo reszty nie bede pisał i przynudzał, to taki, że sprawdzę siebie, moją psychikę i przy okazji sprawdzę rodziców jak to będzie,kiedy opuszczę rodzinny dom.

        Hellooo [ 16.08.2008 ]

Więc jak już zasiadam, to opiszę wszystko po kolei...

   Rano 15.08 kiedy wstałem ... no nie mogę ukryć, że nie spałem za długo może niecałą godzinkę... szybko trzeba było się zebrać. ( a za tą nieprzespaną noc bardzo Ci dziękuję.. że chciałaś ze mną rozmawiać )
   Na lotnisku przy odprawie bagażowej nastraszyli mnie, że w Monachium mogę nie mieć miejsca w samolocie do Waszyngtonu ( okazało się, że linie lotnicze sprzedają więcej biletów, niż jest miejsc) ale ja się w Monachium nie dałem i twardo stałem, że muszę mieć to miejsce. Oczywiście wszystko bardzo grzecznie więc pani w okienku pod numerem H48 ( tego jest tam naprawdę duuużo) najpierw kręciła głową, że nie mam miejsca ale jeden uśmiech i wszystko się dało załatwić.
   Najgorzej było po 9 godzinnym locie już w Waszyngtonie, poniewaz samolot z Monachium miał godzinne opóźnienie i przez to miałem mniej czasu w Waszyngtonie, a tam trzeba było zabrać swój cały bagaż i nadać go jeszcze raz. Przechodził on jakieś głupie kontrole. Oni tu są bardzo na tym punkcie przewrażliwieni. I nie ukrywając doszło do tego, że bagaż miałem w ręce czyli jeszcze nie nadany a pozostało mi 20 minut do wylotu samolotu (uwierzcie, że to niedużo!! na lotnisku) i sobie już myślę, że fajnie, zostanę sobie dużej w Waszyngtonie, bo pewnie już nie ma szans żebym zdążył. Ale na szczęście podszedł do mnie pan z ochrony lotniska i zapytał czy potrzebuję pomocy. No to mu mówię, że muszę zanieść bagaże na odprawę a mam 15 minut do odlotu i dzięki niemu miałem to przynajmniej bez kolejki. Tylko położyłem to na taśmie i dawaj ile sił w nogach do odprawy już do wejścia do samolotu. Kiedy sprawdziłem na ogromnej tablicy, który to gate do wejścia do mojego samolotu, to się załamałem, bo to było zupełnie po drugiej stronie terminalu. I to był naprawdę wyścig z czasem. Naprawdę mam takie szczęście i opatrzność, bo wszedłem do samolotu dosłownie na sekundy. Ja wszedłem aa pani stiuardessa ( wybacz bo nie wiem jak napisać) zamknęła drzwi samolotu ( nawiasem mówiąc była bardzo podobna do Jessici Alby).

    W Cleveland już wszystko było OK. Poszedłem po bagaże a na lotnisku czekała cała moja rodzinka. Była 6.50 tego czasu czyli koło 1 w nocy u nas. Pojechaliśmy do domku, pooglądałem trochę olimpiadę wraz z rodzina coś zjadłem, i do spanka. Byłem naprawdę zmęczony.

    Dziś już jest ok. Po śniadaniu, nieco innym niż u nas, bo amerykańskie naleśniki z ich sosami i syropami i bita śmietaną. Po zjedzeniu dwóch pomyślałem, że już po śniadaniu bo ja naprawdę byłem już pojedzony, a oni przynoszą jeszcze hot dogi. Więc tu się troszkę inaczej je. Teraz zbieram się na jakieś zakupy. 3majcie się ciepło...

PS: Bardzo tęsknię ale na szczęście oni mi tu stwarzają taką atmosferę, że nie jest tak źle.... Mocno kocham papapa
USA
Głogowska Marta
2008-08-04
Miasto...............: Moscow, Idaho, USA
 Klub wysyłający.: RC Wrocław
 Klub przyjmujący: Moscow Rotary Club
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: marteczka139@wp.pl
O sobie...

    Nazywam się Marta Głogowska, mam 17 lat. Mieszkam w Piekarach Śląskich, niedaleko Katowic. W tym roku skończyłam pierwszą klasę o profilu polonistyczno-biologicznym w liceum ogólnokształcącym.
    Wyjeżdżam z klubu RC Wrocław do Moscow Rotary Club. Moscow to małe miasteczko w stanie Idaho, oddalone o około 250km od granicy z Kanadą. Bardzo lubie jeździć na snoboardzie (podobno w Moscow są świetne warunki) i słuchać muzyki. Od czasu do czasu chętnie też zagram coś na gitarze (lepiej lub gorzej).

   Podczas wymiany mogę przede wszystkim poznać nowych ludzi i miejsca. Przeżyć COŚ NOWEGO, INNEGO. I oczywiście podszlifować język.
No...to tyle o mnie.


PODRÓŻ DO MOSCOW                  [2008.09.13]

   Moja podróż do Moscow była troszeczkę nietypowa, ponieważ zanim doleciałam na miejsce spędziłam 10 wspaniałych dni u moich znajomych, niedaleko Chicago. Zwiedziłam ogromne Zoo w miejscowości Brookfield i oczywiście centrum Chicago. Widoki były niesamowite, ponieważ z jednej strony widać ogromne, piękne jezioro Michigan a z drugiej wysokie, oszklone wieżowce.
   18 sierpnia w końcu dotarłam do Moscow. Leciałam z Chicago do Seattle, tam miałam 2h przerwy, a następnie z Seattle do Pullman, niedaleko Moscow. Było bardzo zabawnie, ponieważ lotnisko w Pullman jest STRASZNIE malutkie.. a tam powitała mnie 'ekipa Rotarianska' i okoliczni wymieńcy, którzy wrócili ze swoich wymian tego lata. Wszyscy są niesamowicie mili i bardzo mi pomagali w pierwszych dniach pobytu w Moscow.


PIERWSZE KROKI W MOSCOW...

    Moscow to małe miasteczko w stanie Idaho, jednakże znajduje się tutaj ogromny uniwersytet, wiec miasteczko jest zawsze pełne ludzi i młodych studentów (spotkałam także studentów z Polski).    W pierwszych dniach moja host sister Celest, która 5 dni temu wyjechała do Niemiec, oprowadzała mnie po Moscow (pokazywała najlepsze miejsca na lunch, restauracje, pocztę, kościoły, sklepy itd.) Byłam także na 2 treningach siatkówki, gdzie odbywał się nabór do team'ow na ten sezon i NIESPODZIEWANIE dostałam się do najlepszej drużyny w mieście. Nazywamy się MOSCOW BEARS ale nie jest łatwo, bo codziennie mamy treningi po 2,5h każdy i oczywiście mecze, więc zostaje mi mało czasu dla siebie ale w zamian poznaję nowych ludzi i jeżdżę do różnych miast.


SZKOLA, KLUBY...

    Co mogę powiedzieć o szkole? Chyba tylko jedno... Uwielbiam ją. Do szkoły zwykle jeżdżę na rowerze (jakieś 5min) lub idę pieszo (ok. 15min) więc mam bardzo blisko. Lekcje zaczynam o 8.18 a kończę o 15.11. Wybrałam sobie naprawdę bardzo interesujące przedmioty: Outdoor Education (jest to odmiana wychowania fizycznego - przez pierwsze 3 tygodnie będziemy jeździć na rowerze ale później będzie pływanie, wędkarstwo, wspinaczka górska, chodzenie po górach itp), angielski, historia USA, francuski, team sports (fresbee, football, siatkówka, soccer itd) i malarstwo), jestem bardzo zadowolona. Poznałam naprawdę mnóstwo nowych ludzi. Wszyscy są bardzo mili i co chwile zapraszają mnie na lunche.

    Dodatkowo zapisałam się także do 2 szkolnych klubów: Environmental Club (zajmuje się środowiskiem, recyklingiem itp.) i International Club. Organizują naprawdę mnóstwo bardzo fajnych wycieczek. No i oczywiście to kolejne miejsce do zapoznania się z młodzieżą.


PIERWSZE WYCIECZKI...

    5 dni po moim przyjeździe moja host rodzina i jej przyjaciele wybrali się w góry na spływ pontonowy. Oczywiście ja również pojechałam. I cóż mogę powiedzieć. Było NIESAMOWICIE.. to był mój pierwszy raz ale byłam zachwycona...widoki i fale górskiej rzeki. Oczywiście nie zabrakło adrenaliny bo czasem fale były naprawdę duże i wszyscy byli cali mokrzy. Spaliśmy w śpiworach pod gołym niebem na cudownej plaży. Kolejna dawka wrażeń dopadła mnie pod wieczór, kiedy rozkładaliśmy namioty, bo zrobiło się wietrznie.. Nagle wiatr porwał jeden z malutkich namiotów prosto do wody a że byłam najbliżej to natychmiast zdecydowałam, że muszę wskoczyć do wody i uratować biedny namiot. Tak też zrobiłam, ale potem musiałam się szybko przebierać bo woda, no cóż nie była zbyt ciepła.

    Kolejną wycieczką był ROTARY ORIENTATION CAMP w Coeur d'Alene. Wszystkich wymienców w moim dystrykcie 5080 (który jest podzielony na USA i Kanadę) jest w tym roku 21, wiec całkiem sporo). Są z: Brazylii,Ekwadoru, Francji, Włoch, Słowacji, Szwajcarii, Niemiec, Danii, Tajlandii, Japonii, Tajwanu i Australii. Niestety z Polski jestem tylko ja. To był naprawdę bardzo fajny weekend i wszyscy już nie możemy się doczekać następnego spotkania.




LACIER NATIONAL PARK w MONTANIE...                   [2008.11.15]

    No więc...nie pisałam jeszcze o mojej wycieczce do GLACIER NATIONAL PARK w Montanie. Byłam tam od 2 do 5 października (czyli 4 dni) z Giulią z Włoch, która też jest na wymianie w Moscow, i jej host rodziną. Jechaliśmy tam ok. 6h i oczywiście nie obyło się bez przygód, bo już po godzinie jazdy zepsuł się nasz samochód. Na szczęście byliśmy akurat w małym miasteczku a nie gdzieś w Idaho'nskich polach i po 3h udało nam się skombinować drugie auto.

    W Glacier było niesamowicie przepiękne widoki na górskich szlakach...kolorowe jesienne drzewa...można było spotkać kozice górskie...po prostu nie do opisania..

    Jeden dzień poświęciliśmy także na zwiedzenie pobliskiego miasteczka Whitefish no i tam oczywiście spotkała nas następna niespodzianka. Mianowicie...gdy ja z host-tatą spacerowaliśmy po okolicy natknęliśmy się na jelenia z 2-metrowym porożem. No nie powiem, że jest to mile uczucie, gdy takie zwierze "gapi się na ciebie z odległości 3m, a ty nie wiesz czy lepiej jest zostać w miejscu czy uciekać! Na szczęście wszystko dobrze się skończyło , bo po prostu powoli się wycofaliśmy na bezpieczna odległość.

    Tak...niesamowita podróż!!


HOMECOMING W MOSCOW HIGH SCHOOL ...                   

    Niedawno w mojej szkole miał miejsce "Homecoming" tydzień tzn. absolwenci mogli odwiedzić szkole a my mięliśmy rożne atrakcje. Było strasznie śmiesznie np. "Pack the Bathroom", czyli pobijanie rekordu w ilości osób mieszczących się w męskiej toalecie! I pobiliśmy zeszłoroczny wynik - 284 osoby !!! To nic, że nie potrafiłam oddychać przez 5min. Codziennie także musieliśmy się przebierać w zależności od tematu np. lata 80-te lub dookoła świata.

    Homecoming tydzień zakończyła szkoła impreza w sobotę. Było super!!


SZERMIERKA...WSPINACZKA..CZEMU NIE? ...                   

    Chyba największą zaleta wymian młodzieżowych jest to, ze można spróbować nowych doświadczeń. Tak jak w moim przypadku...bo niedawno zaczęłam uprawiać szermierkę. Niesamowity sport, wydaje się prosty i nie męczący, ale nic podobnego...po pierwszym spotkaniu miałam "takie zakwasy" ze przez 2 dni nie potrafiłam wejść po schodach do mojego pokoju :P Ale szermierka strasznie mi się podoba i zamierzam kontynuować treningi :) Drugim, nowym dla mnie sportem jest wspinaczka. Zakochałam się już po pierwszym wejściu na ściankę. Teraz mam małe blazy na dłoniach, ale nie zrażam się i polecam wszystkim!!!


SPRING FIELDS.....                   [2009.01.22]

    Przed Świętami w pierwszy weekend przerwy świątecznej wybraliśmy się w góry, gdzie znajdują się przepiękne trasy nart biegowych. Nigdy przedtem tego nie robiłam, ale właściwie poszło mi całkiem nieźle. Obok naszego domku była tez super 'górka' na zjeżdżanie na oponach. Nasz rekord to 6 osób na jednej oponie. Świetna zabawa !!!


ŚWIĘTA, ŚWIĘTA...                   

    Więc.. Wigilie Bożego Narodzenia spędziłam w małym miasteczku niedaleko Moscow, gdzie mieszkają rodzice Davida- mojego host-taty. Było bardzo miło i mnóstwo pysznego jedzenia. W niczym nie przypominało to polskiej Wigilii...ale chyba właśnie o to chodzi, by poznać inne tradycje.
    No wiec moja rodzina co roku ma na Wigilie...kraby ! Wszyscy byli bardzo ciekawi jak my spędzamy święta w Polsce...gdy powiedziałam im, ze musimy mieć 12 potraw na stole, nie potrafili sobie tego wyobrazić. Przywiozłam też ze sobą opłatki, które mama wysłała mi w paczce, i podzieliliśmy się nimi przed obiadem. Najbardziej podobało im się wspólne 'przytulanie' i łamanie opłatka.
    Dzięki mojej host-rodzinie i jej serdeczności prawie nie czułam tęsknoty za domem podczas Świąt...

    3 dni po Świętach wybraliśmy się na 4-dniowa wycieczkę na narty (lub snowboard jak w moim przypadku). Był to piękny resort Schweitzer na północy Idaho. Pogoda była niesamowita, słoneczko i mrozik...i do tego świetnie przygotowane stoki. Wyjeździliśmy się za wszystkie czasy, i wróciliśmy do Moscow akurat w Sylwestra.

    Razem z moja siostra Amandą spędziłam Nowy Rok z naszymi przyjaciółmi. Szalona noc w Moscow!
Brazylia
Łukomska Maja
2008-08-04
Miasto...............: Campo Grande MS
 Klub wysyłający.: RC Warszawa
 Klub przyjmujący: RC Campo Grande
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: maya.oh@hotmail.com
O sobie...

    Nazywam się Maja Łukomska i wyjeżdżam na rok do Brazylii. Chodzę do XXXIIILO im. Kopernika w Warszawie i uczę się w klasie z międzynarodową maturą IB. Mam 16 lat. Jadę do Campo Grande, stolicy stanu Mato Grosso do Sul.

   Jeśli chodzi o moje zainteresowania, to niewątpliwie, nierozerwalnie i zawsze: Teatr! Uwielbiam grać, wcielać się w różnorakie postacie, świetnie się przy tym bawiąc i czerpiąc niezwykłą radość z możliwości spełniania się. To daje mi energię i natchnienie.
   Oprócz tego, literatura. Nabokov, Terakowska, Coelho (urodził się przecież w Rio!) Czasem sobie coś zatańczę. Wcześniej trochę musicalu, ostatnio tak po brazylijsku, samba. Zdarza mi się coś napisać, pośpiewać kiedy najdzie mnie ochota. Lubię biegać, to mnie odstresowuje. Trochę filozofii, obejrzeć dobry film, posłuchać przyjemnej dla ucha muzyki. Cała ja (tak wstępnie) !

   Czemu? Oj, tyle razy już musiałam się tłumaczyć. Brazylia zawsze była moim marzeniem. Może dlatego, ze nie jest pospolitym miejscem, ma cudowną i tak rożna od naszej kulturę. Dlatego mnie tam ciągnie. Wierzę, że ten rok da mi siłę, pozwoli odkryć w sobie coś nowego i cennego, będzie niezapomnianym i jednym z najpiękniejszych przeżyć, pozostawi wspomnienia na cale życie!
    Mam tez nadzieję, że pozwoli mi docenić to co mam, stać się osobą samodzielną, która będzie w stanie bez problemu poradzić sobie w różnych sytuacjach w życiu.

   Więcej informacji już niedługo!
USA
Mućko Filip Zbigniew
2008-08-18
Miasto...............: Spring, Texsas
 Klub wysyłający.: RC Bydgoszcz
 Klub przyjmujący: RC Willowbrook TX
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: filip.mucko@gmail.com , www.texasyear.blogspot.com
O sobie...

    Aklimatyzacja ...            [2008.08.12]

Uff.. dotarłem cały i zdrowy. 9 godzin lotu do Chicago, potem 5 godzin błąkania się po wielkim jak cały Solec lotnisku (poważnie.. między terminalami(częściami lotniska) jeździły pociągi), a na koniec 3 godziny lotu do Houston. Byłem wykończony, chyba ze względu na zmianę czasu (minus 7godzin).

   Poznałem rodzinkę. I jestem bardzo zadowolony. Uśmiechnięci i mili... super. O Amerykanach ogólnie muszę powiedzieć, że są bardzo mili, uśmiechnięci i pomocni. W każdym sklepie pada: "how are you?" i takie tam.. dużo tak sobie gadają. Nie ma chamstwa. A no i poziom życia to dla nas 22 wiek. Wszystko jest tańsze, łatwiejsze, lepsze, ładniejsze, czystsze i normalne. Za 2 godzinki idę z Alison (host siostra) i jej przyjaciółmi na kawę :) To będzie jazda, bo jak na razie to rozumiem jakąś połowę z tego co mówią do mnie i czuję się głupio jak cały czas mówię, że czegoś nie rozumiem. Ale oni mieli już ucznia z Estonii w zeszłym roku i powiedzieli, że góra 2 miesiące i będę mówił lepiej od nich.

   Dziś niedziela więc czas na pójście do Kościoła.. taa.. kościoła raczej, bo to wygląda jak Łuczniczka, a w środku jest jak w Multikinie. Najpierw poszedłem na szkółkę niedzielną co mi się bardzo podobało choć też rozumiałem jakieś 70%,a potem do "kina". Najpierw śpiewali: "Lord is my friend" przez pół godziny, a potem jakiś facet w T-shircie wylazł i zaczął tak nawijać, że zrozumiałem 30%, ale dużo się domyślałem. W każdym razie za tydzień to chyba pójdę do innego kościoła.. to było niby mniej nudne ale strasznie dziwne.

   A na razie to narzekam tylko na to, że jest tu ze 40 stopni i duszno strasznie. Każde wyjście na zewnątrz wiąże się ze spoceniem od góry do dołu. W nocy jest jakieś 30. I te amerykańskie samochody. Normalnie to nie ale że jestem w Texasie to tu jeździ od groma pickupów... no normalnie one są ogromne. A najstarszy samochód to ma tu jakieś może 5 lat.

   Mogę pisać i pisać bo tu w każdej dziedzinie życia jest inaczej. Nawet muszle klozetowe działają inaczej . I ciekawostka: dla nich to strasznie dziwne jest, ze Polacy przy każdym powitaniu ściskają sobie ręce. Bardzo dziwne. Oni mówią po prostu "HI!!! HOW ARE YOU?!!". I strasznie są wtedy podekscytowani mimo, że odpowiedź brzmi ZAWSZE: "I'M FINE, AND WHAT ABOUT YOU?!!"...

   No dobra. Jutro albo pojutrze kupię aparat i porobię ful fotek.



Jestem tu już ponad 2 miesiące ...                   [2008.10.29]

    Jestem tu już ponad 2 miesiące i szczerze przyznam, ze szybko mi zleciało i, ze coraz bardziej mi się tutaj podoba. Oczywiście 2 miesiące to wystarczający czas żeby poznać zalety nowej rodziny i przyjaciół jak i wady. No ale na tym polegają różnice.

    Czuje, ze mój angielski się polepszył. Dziś na przykład w 15 minut desperacko napisałem esej na jedna strona, bo zapomniałem tego zrobić wcześniej. W szkole ogólnie sobie jakoś radzę. Większość przedmiotów jest łatwa i w sumie idzie mi lepiej niz. w polskiej szkole, ale historia Stanów to ciągle moja pięta achillesowa.

    W poniedziałki i czwartki chodzę z moim host bratem i host ojcem na treningi taekwondo, całkiem fajnie, a w środy na spotkania grupy młodzieżowej do kościoła. Takie formy spotkań młodzieżowych polecam dla przyszłych wymiencow bo naprawdę można tu spotkać przyszłych dobrych przyjaciół.

    Kontakty z rodzina mam całkiem dobre. Zabrali mnie już do kilka miejsc i obiecali zabrać do kilku innych. Wiem, ze rodzinę zmienię w styczniu, żeby nie zmienić przed świętami.

    A moja panią Counselor wprost kocham. Świetna kobieta.


Meksyk
Pankowska Joanna Maria Juta
2008-08-06
Miasto...............: Meksyk - Bronsville / USA - Matamaros [TX]
 Klub wysyłający.: RC Toruń
 Klub przyjmujący: RC Monterrey
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: pancura@gmail.com
O sobie...

    Nazywam się Joanna Maria Juta Pankowska. IV Liceum Ogólnokształcące im. T. Kościuszki w Toruniu, profil humanistyczny. Wyjeżdżam pomiędzy 2 a 3 klasą, 18lat.

   Mam nadzieję, że ten rok będzie niekończącą sie przygodą, podczas której języki obce przestana być obce.
Meksyk
Lasota Kacper Melchior
2008-08-07
Miasto...............: Tulancingo
 Klub wysyłający.: RC Lublin Centrum
 Klub przyjmujący: RC Tulancingo
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: kacper.lasota@gmail.com
O sobie...

    Nazywam się Kacper Melchior Lasota, mam 18 lat. Uczestniczę w wymianie długoterminowej do Meksyku, gdzie będę mieszkał w mieście Tulancingo.     Pochodzę z Lublina, ale dwa lata temu opuściłem dom rodzinny, żeby stać się uczniem klasy dwujęzycznej o profilu przyrodniczym w XV LO im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie. Przedmiotów rozszerzonych, czyli matematyki, fizyki, biologii i chemii, uczę się po francusku. Mimo ścisłego profilu klasy wydaje mi się, że jestem bardziej humanistą.
    Interesuję się bardzo wieloma rzeczami. Dużo czasu wolnego poświęcam fotografii, sztuce współczesnej, modzie. Bardzo dużą przyjemność sprawia mi śpiewanie oraz, oczywiście, nauka języków obcych.

    Jadę na wymianę, ponieważ kocham podróże. Uwielbiam spotykać nowych ludzi, poznawać nowe kultury, rozwiewać stereotypy po powrocie do Polski. Chcę nauczyć się hiszpańskiego! Poza tym udział w wymianie daje mi jeszcze jeden rok na zastanowienie, jakie przedmioty zdawać na maturze, na jakie studia pójść. Na razie mam bardzo dużo zupełnie rozbieżnych pomysłów na przyszłość. Mam nadzieję, że doświadczenia wymiany pomogą wybrać mi ten właściwy.
Meksyk
Łatko Paulina
2008-07-30
Miasto...............: Oaxaca
 Klub wysyłajacy.: RC Lublin
 Klub przymujący: Oaxaca RC
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: p_latko@wp.pl
O sobie...

    Nazywam się Paulina Łatko. W tym roku ukończyłam klasę pre-IB w 1 LO im. Stanisława Staszica w Lublinie. Wybieram się na wymianę do Oaxaca de Juarez, w stanie Oaxaca. Ponoć jest to miasto historyczne, wielkość ma zbliżoną do Lublina, tyle że jest położone na wysokości 1500m.n.p.m.

   Jeśli chodzi o wymianę samą w sobie, to pomysł narodził się dawno, dawno. Meksyku, co prawda nie brałam pod uwagę, jednak cieszę się, bo to coś zupełnie innego. Poza tym chcę się nauczyć hiszpańskiego, bo zakochałam się w Barcelonie i chciałabym tam studiować.

    Mam nadzieję, że pobyt w Meksyku będzie dla mnie wspaniałą przygodą, a jednocześnie szkołą życia. Liczę, że ten czas pozwoli mi spojrzeć na moje życie z innej perspektywy i docenić to, co mam. Ten rok będzie najwspanialszym i najciekawszym rokiem i że będę go wspominać do końca życia !


Podróż, pierwsze godziny w Oaxaca...            [2008.08.12]

   Jak ochłonę i się wyśpię - dobre pytanie. Tu nie ma czasu na sen, bo nie ma jeszcze 16-tej. Przespałam się trochę w samolocie. Od razu jak wsiadłam do samolotu to tak się cieszyłam, że mam miejsce koło okna. KONIECZNIE TRZEBA ZOBACZYĆ MEXICO CITY Z GÓRY. Po prostu nie na moje nerwy byłoby tam mieszkać. Jedzenie tak średnio póki co mi smakuje.
   Mam swój pokój, wykąpałam się a wszystko to po 2 godzinach po powrocie z lotniska. W ogóle myślałam, że walizki nie dojechały, bo ich nie było ale okazało się, że są w całkiem innym miejscu. Moja sliiiit różowa walizka jest cała czarna i straciła rączkę ale nawet się nie wkurzyłam, bo się cieszyłam, że w ogóle są. Rodzina od razu mnie poznała, mam zdjęcia jak wychodzę z samolotu. Tak naprawdę, to poszłabym spać ale tu jest tak zupełnie inaczej, że muszę obczaić chociaż okolice. Zresztą i tak już grzeszę siedząc na internecie w tak pogodę ale i tak z godzinę słuchałam polskich piosenek z moją rotariańską siostrą Karen.
Dobra, powiem tylko tyle, że gorąąąąąąco!


Pierwsze dni...            [2008.08.13]

   Oj, nie jest najgorzej. Szkoła dopiero za tydzień. Hiszpańskiego się uczę, nic nie jem, bo mi nie smakuje. Dzisiaj obiad w macdonaldzie ale nie narzekam, zobaczymy jak będzie za jakiś czas. W ogóle to nic nie robię, siedzę na chacie, czasem pójdziemy do kafejki internetowej. Dzisiaj byłam też u dentysty i obserwowałam jak się tu leczy zęby. Ciekawiej będzie pewnie jak się szkoła zacznie a w ogóle to miasto jest niesamowite. Znalazłam się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Będę mieszkać jeszcze u 2 rodzin, gdzie są teraz dwie dziewczyny z Niemiec i chyba będą do tej samej szkoły chodzić co ja.


Mieszkanie, klub Rotary, jedzenie...            [2008.08.14]

   Nie mam neta w domu ale będę miała, bo zainstalowali telefon. Niestety neta im się nie udało a i tak byłby taki od telefonu, to już wolałabym sobie w kafejce posiedzieć ile chcę. Zdjęć na razie nie będzie, bo nie mam baterii do aparatu a nie mam jak naładować. Zjadłabym coś dobrego. No ale ogólnie to w porzo git i fajo
    Mieszkam w zamkniętym sąsiedztwie. Domki są tutaj typu "nad jeziorem", małe bez strychów i piwnic ,po prostu sam parter. Warunki bez rewelacji, zwłaszcza po tym jak się naczytałam jak inni w Meksyku mieszkają. Rodzina jest bardzo miła, jutro jadę do Mexico City. Odwozimy Karen na lotnisko.
    Wczoraj byłam w klubie Rotary. Syn jednego rotarianina mieszka w Polsce a on sam był kiedyś w Lublinie i zna słowa po polsku. Jest tu jeszcze jeden wymieniec z Niemiec, rok młodszy ode mnie i chyba ktoś jeszcze z Niemiec przyjeżdża. Angielski jest tu tak popularny jak polski po prostu.
   Wczoraj zjadłam jakiegoś "fruta" podobnego do wiśni i od tego czasu tak mnie zmuliło, że całą noc nie spałam. Przyślijcie polskie przepisy, bo nic tu nie jem praktycznie i jakoś nie mogę się przełamać.



Trudny początek mam już za sobą ...                 [2008.08.30]

   Zaczyna być coraz lepiej, chociaż na początku było dosyć trudno. Moja host rodzina jest bardzo fajna i bardzo dobrze się z nimi dogaduję. W szkole też już coraz więcej rozumiem, co mi pozwala poznawać nowych kolegów i koleżanki z klasy - wszyscy są dla mnie bardzo mili. Już na dobre przyzwyczaiłam się do życia w Meksyku.

   W klubie byłam tylko jeden raz. Wszyscy byli bardzo mili ale tak się źle czułam, że mimo iż chcieli ze mną porozmawiać, to nie byłam w stanie nic sensownego powiedzieć. Spotkania są w każdy pierwszy czwartek miesiąca i dostaję wtedy kieszonkowe.

   Net już jest w sypialni host rodziców i jest połączony z telefonem i leży na podłodze więc dłużej niż kilka minut nie siedze na nim. Zresztą nie czuję się wtedy komfortowo a kawiarenka jest obok domu, więc już wolę zapłacić i siedzieć wygodnie i ile chcę.

   Z wymieńców są tu sami Niemcy. Dwóch już poznałam ale na mieście mówią, że jest jeszcze jedna dziewczyna. Cecilia jest z innego klubu i z innej szkoły więc widziałam ją 2 razy ale jest bardzo sympatyczna, natomiast Estefan jest z tego samego klubu i tej samej szkoły. Są fajni ale jakoś nie rozmawiamy zbyt często, bo boje są ode mnie młodsi i chodzą do innej klasy. Wieczorem i rano jest chłodno, z ciepłych ciuchów mam tylko bluzę, która mi i tak do niczego nie pasuje więc muszę się w coś nowego zaopatrzyć.

   Mam już mnóstwo koleżanek i kolegów z klasy. Wszystkich bardzo lubię, są sympatyczni i weseli. Dzisiaj wybieram się z nimi - jeden ma na imię JEZUS- do kina, jeśli będzie coś po angielsku.

   Dom w którym mieszkam jest taki średni ale jest to tylko dom służbowy moich host rodziców. Ich prawdziwy dom jest w San Cristobal w stanie Chiapas i jadę tam z nimi już niedługo. Mieszka tam też moja host siostra, która w grudniu kończy już studia. Naprawdę cieszę się, że do nich trafiłam.

   W piątek i w sobotę byłam na imprezach z Havierem (host bratem Esteana), Estefanem i Cecylią u jakiś kolegów Haviera. No ale Havier jest już w Niemczech a Karen już jakiż czas na Ukrainie. Pisze, że jest tam strasznie drogo ale ogólnie też fajnie. Tu też jest fajnie fajnie i zaraz idę na obiad -już normalnie szamam co podadzą bo nie podaję niczego, czego nie lubię. Wczoraj kiełbaski polskie z grilla jadłam, przedwczoraj kotleta z kurczaka. Nie wiem jak będzie tu z płaceniem kartą, bo sklepy tutaj,z tego co widziałam, to takie stragany raczej wiec karta raczej się nie przyda. Jest oczywiście duże centrum handlowe, w którym jeszcze nie byłam, więc może tam lepiej trochę poszaleję. A jak nie, to będę odkładać na samochód. Chociaż to się i tak raczej nie uda, bo muszę kupić spodnie i bluzę i buty, bo nie będę codziennie do szkoły w tym samym chodzić. Jeszcze nie wiem kiedy będzie ten miting na Jukatanie, na który już nie mogę się doczekać.

ELOE LO!



Jadłam świerszcze...                 [2008.09.07]

   W piątek byłam na występie koleżanki z klasy, który odbywał się w jakimś hotelu i trwał prawie 3 godziny. Byłam naprawdę pod wrażeniem. Było z 10 różnych tańców, do każdego inny strój a stroje po prostu super i strasznie żałuję, że nie wzięłam aparatu. Okazało się, że rodzice Andrei też tańczą w tym zespole i to bardzo długo.

   W sobotę z familią pojechaliśmy do familii na wieś. W jakiejś lepiance spaliśmy, gdzie było pełno much i w ogóle. Widziałam różne rodzaje robaków, które szamają bleeee. Ciekawostka taka, że po długich wahaniach w końcu skusiłam się na świerszcza - zjadłam w sumie dwa i szczerze powiem, że nie są złe ale sam fakt, że to świerszcz sprawił, że już więcej nie chciałam.
USA
Zaręba Aleksandra
2008-07-31
Miasto...............: Sauquoit
 Klub wysyłajacy.: RC Giżycko
 Klub przymujący: Sauquoit RC
 Okres pobytu....: wrzesień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: kochalinka@buziaczek.pl
O sobie...

   Mam na imię Ola Zaręba i mam 16 lat. Właśnie skończyłam gimnazjum. Wyjeżdżam z klubu Rotary Giżycko, do klubu " Rotary Club of Sauquoit". Sauquoit to małe, dawne indiańskie miasteczko, ale podobno bardzo malownicze.
Mam różne zainteresowania. Szczególnie uprawianie sportów: koszykówka i piłka nożna (mam nadzieje na ich kontynuacje w USA) .Poza tym, oglądanie filmów, zabawy z bratem, i wiele przygód.

   Wyjazd na tą wymianę był moim marzeniem od 3 lat. Mam nadzieje, że podczas tej podróży bardziej poznam siebie, swoje życiowe cele oraz, oczywiście, nowych ludzi.
 



Piatek 22 sierpnia...            [2008.08.20]

   Przyjechałam na lotnisko i wszystko byłoby dobrze, tylko okazało się, że ewakuowali lotnisko, bo ktoś zostawił torbę i myśleli, że to bomba. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Wylecieliśmy godzinę później. Jakoś przetrwałam te 9 godzin lotu. Posiłki w samolocie to porażka. Po wylądowaniu czekałam 5 godzin na następny lot do Syracuse. Wszystko było ok, tylko potem zmienili wejście do samolotu i nie wiedziałam, gdzie iść. Po 40 min locie do Syracuse odebrała mnie moja pierwsza host rodzinka. A było to o 12 w nocy. Przyjechaliśmy do domu a tu już 2 rano.

   Moja rodzina jest świetna, bardzo mi się podoba u nich w domu. Dziś zjadałam swoje pierwsze amerykańskie śniadanie z syropem. Mniaaamaaam. Zadają mi tony pytań, a ja im. Dziś poznam ich znajomych, a wieczorem zabierają mnie na camping. Napiszę więcej później, bo teraz muszę zmykać.
Brazylia
Kozioł Aleksandra
2008-07-30
 Miasto...............: Contagem
 Klub wysyłajacy.: RC Warszawa-Józefów
 Klub przymujący: Contagem RC
 Okres pobytu....: wrzesień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: chorapoetka@poczta.onet.pl
O sobie...

   Nazywam się Aleksandra Kozioł, mam 18 lat.W tym roku skończyłam liceum ogólnokształcące, profil humanistyczny.
   Wyjeżdżam z klubu Rotary Warszawa-Józefów, do klubu Rotary Contagem. Contagem do miasto niedaleko Belo Horizonte- trzeciego co do wielkości miasta w Brazylii. czyli właśnie Brazylia jest głównym celem mojej podróży.
   Moim zdaniem pytanie, dlaczego chciałam jechać na wymianę jest absurdalne- rocznym pobyt w kraju, którego kultura różni się tak od kultury polskiej jest niesamowita przygodą, wielką dawką emocji i wzruszeń. lubię pisać o sobie i nie tylko więc nie sądzę bym miała problem usiąść czasem przed komputerem i podzielić się z innymi swoimi spostrzeżeniami.
   Co mnie fascynuje, to oczywiście podróże, poznawanie innych ludzi i kultur. W czasie wolnym lubię pograć w siatkówkę, wyjść do kina ze znajomymi, poczytać książkę, czy posłuchać swojej ulubionej muzyki.

To tyle o mnie na początek.



Mój przyjazd do Brazylii i kilka pierwszych dni...           [2008.08.20]

    Mój wylot do Brazylii odbył się 15 sierpnia. Noc przed wylotem denerwowałam się jak nigdy, chociaż apogeum strachu osiągnęłam będąc już na lotnisku w Warszawie. Nie ukrywam, że się poryczałam, gdy zdałam sobie sprawę że żegnających mnie ludzi będę mogła uściskać dopiero za 10 miesięcy.
   Jednak co do lotu, wszystko odbyło się zgodnie z planem. Na miejscu, na lotnisku w Belo, czekała na mnie cała moja host rodzina, a gdy przyjechaliśmy do domu, dodatkowo barbecue z sąsiadami, podczas którego dostałam owacje na stojąco, co mnie trochę skonfundowało. Wszystko było by pięknie (super rodzina, dom i okolica), gdyby nie to że w poniedziałek czekała mnie szkoła (sic!). Jednak i to jakoś przeżyłam i właściwie cieszę się, że tak szybko mogłam pójść do szkoły, gdyż poznałam tam naprawdę wspaniałych, bardzo przyjaźnie do mnie nastawionych ludzi.

    Coś za dużo pisma, za mało obrazu, ale obiecuję naprawić to podczas kolejnego wpisu.



Dawno się nie odzywałam ...                   [2008.09.30]

   Dawno się nie odzywałam ale najwyższy czas przerwać zmowę milczenia i się wypowiedzieć...

Zacznę może od komunikatu:

       Polscy wymieńcy łączcie się! Jeśli jesteś polskim wymieńcem i mieszkasz gdzieś blisko Belo Horizonte lub w samym Belo, to odezwij się! Mój mail i Msn:     ChoraPoetka@hotmail.com

   A teraz czas na resztę. Niestety muszę zacząć od marudzenia..tak marudzenia na mój obecny klub Rotary.....aż mnie z zazdrości skręca, kiedy słyszę, że mój host brat tam w Polsce z wycieczki na wycieczkę skacze, a ja nawet nie miałam obozu integracyjnego. Bardzo brzydko Rotary, bardzo brzydko! Ale pomijając ten wcale nie mały szczegół, byłoby perfekcyjnie!!! Co prawda dużo zabytków to ja tutaj nie widziałam (w Brazylii w ogóle sa zabytki??)i kościołów z przewodnikiem w ręku nie zwiedzam, ale już za tydzień jadę na Bahie, nad ocean (yeah, w końcu woda!) NO I super sie bawię z moimi brazylijskimi znajomymi. Jedyny mankament jest taki, że chciałabym poznać więcej takich jak ja czyli INTERCAMBISTAS. Trzymam kciuki, że mój teraźniejszy klub sie ogarnie i naprawi.

    A na koniec kilka zdjęć, a na zdjęciach trochę egzotyki, czyli palmy, ja z moją Conseliehra, czyli Nathalie, dalej Mico, czyli jeden z rozkosznych makaków, które biegają tutaj na ulicach z częstotliwością polskich wiewiórek, dalej ja i moja host siostra Basia udowadnia, jak w Brazylii kochana jestem (aż mnie na rękach noszą !), następnie urodziny 6 mojej najmłodszej host siostry Pameli i na koniec delicja po prostu, czyli co dzieci w klasie maturalnej najchętniej robią na lekcjach? Odpowiedz oczywiście śpią! Na załączonym obrazku jest to konkretnie Eduardo czyli Edzio !






Moja wymiana zaczęła się porządnie kręcić ...                   [2008.11.10]

    Cóż, moja wymiana zaczęła się porządnie kręcić, podobnie, jak (w końcu!) moja włosy. Ostatnimi czasy odbyłam trzy bardzo interesujące wycieczki. Najpierw Ouro Preto- zabytkowe miasteczko oddalone jakąś godzinę drogi od Belo Horizonte. odkąd tutaj jestem, wszyscy mi powtarzali: "Musisz zobaczyć Ouro Preto, no musisz!". No i zobaczyłam. W sumie- nic zachwycającego. Prawda, ładne miasteczko, z klimatem, wąskimi uliczkami i kilkoma ładnymi kościołami, czyli wszystko co lubię, ale...no właśnie, pozostaje to ale. Mój wyrok: W Brazylii jest wiele ciekawszych miejsc do zwiedzenia, ale jak się jest po drodze do Ouro Preto, warto zahaczyć.

    Zdecydowanie ciekawiej było na południu Bahii, w miasteczku o nazwie Prado jako mieszkanka Belo Horizonte ze zniecierpliwieniem oczekiwałam dnia, kiedy będę mogła w końcu pojechać nad ocean- i się stało. Spędziłam 10 dni na cudownej egzotycznej plaży na spacerowaniu, opalaniu się, oceanicznych kąpielach i popijaniu Guarany. Ja wiem, że dla tych którzy trafili na wybrzeże to żadna nowość, ale uwięziona w środku Minas Gerais nad oceanem w końcu poczułam ze żyję! Mam nadzieje wrócić tam już wkrótce!

    I ostatnia krótka, bo tylko dwudniowa wycieczka do Rio de Janeiro. Przyznaję- tą najbardziej byłam podekscytowana. W końcu Rio to Rio. Jednak miałam pecha trafić na dwa bardzo pochmurne dni. To jednak nie przeszkadzało, by miasto wywarło na mnie wielkie wrażenie. Podobnie jak z Bahią- Mam nadzieje ze jeszcze tam wrócę, by poznać miasto trochę lepiej.    

A co się ze mną dzieje na co dzień w Minas?? No cóż, prawie skończyłam szkołę (zakończenie już 14 listopada!!!). Zaczną mi się wakacje i dopiero będę mogła się prawdziwie wgłębić w "kulturę brazylijska".....Samba!!!







Nowa rodzina, wakacyjna nuda ...                   [2008.12.18]

    Od mojego ostatniego wpisu całkiem sporo się zmieniło: przede wszystkim moja rodzina! Zmieniłam podmiejski Contagem na dzielnice Belo Horizonte- Belvedere. Uważam, że moja druga rodzina jest bardzo bardzo sympatyczna i dobrze mi się żyję z nimi pod jednym dachem. Oprócz tego już od połowy grudnia mam wakacje a co z nim związane nadmiar wolnego czasu. Życie, które jest bardziej nocne niż dzienne płynie mi powoli, zapełnione robieniem rzeczy zupełnie niepożytecznych, czyli jak to zazwyczaj na wakacjach. Ostatnio jednak cierpię na brak pogody!!! Cały ostatni tydzień Belo jest zachmurzone i rozpadane......a w czasie deszczu dzieci się nudzą........ale nie wymieńcy!

    Niedługo jednak moja leniwa egzystencja zostanie zakłócona przez zbliżającą się w styczniu wycieczkę po północno- wschodnim wybrzeżu Brazylii!
To dopiero będzie dawka emocji! Oczywiście wszyscy modlą się o piękną pogodę, i gorące słońce, piasek i wodę......oj będzie się działo......

P.S.: Jest jednak pewna rzecz w Brazylii, która nigdy nie będzie tak wspaniała jak w Polsce: Świąteczny klimat......ach jak mi tego brakuje, święta dla mnie dopiero za rok......

    A zdjęcia pokazują urywki mojego towarzyskiego życia oraz widok z okna mojego pokoju (18.piętro) i paskudne chmury które ostatnio zasnuły niebo Belo Horizonte.


Wycieczka po Brazylii ...                   [2008.02.01]

    Ufff!!! No i właśnie w sobotę wróciłam z tej niesamowitej wycieczki! dzisiaj już czwartek., więc miałam wystarczająco dużo czasu, aby ochłonąć, więc mogę napisać w końcu kilka słówek na jej temat....

    Wszystko zaczęło się 5 stycznia w poniedziałek, kiedy 45osobowa grupa wymieńców z 18 krajów zebrała się, by rozpocząć przygodę swojego życia. Wśród nich byłam oczywiście ja, a także Piotrek Kozera z Torunia i Zosia Straczycka z Wrocławia.

    Naszym pierwszym przystankiem w podróży było Rio de Janeiro, w którym zabawiliśmy cała 4 dni....pisałam już wcześniej, że bardzo chciałabym zobaczyć Rio jeszcze raz. I moje marzenie się spełniło! Co prawda miasto powitało mnie na nowo chmurami, które jednak zdążyły się ulotnić, zanim Rio pożegnaliśmy.
W byłej stolicy Brazylii zwiedziliśmy oczywiście Maracanę (szczerze mówiąc na żywo wcale nie robi wrażenia), szkołę samby, oraz punkty obowiązkowe- Pao di azucar oraz Chrystusa. Najbardziej podobał mi się ten ostatni. Co prawda niebo było zamglone, ale Chrystus wyłaniający się z mgły miał ten swój urok....

    Po pożegnaniu Rio, wyruszyliśmy do Vitori, stolicy stanu Espirito Santo, gdzie zatrzymaliśmy się tylko na jeden dzień, głównie korzystając z plaży. Kto chciał, mógł wziąć krótką lekcję surfingu. Szybko jednak udaliśmy się w dalszą drogę, na Bahię! Tam zatrzymywaliśmy się głównie w małych miasteczkach, takich jak Itacare, czy Arival d'Ajuda, w których przede wszystkim wylegiwaliśmy się na plaży. Bardzo nam przydało się tych kilka dni odpoczynku, szczególnie po bardzo ciężkim dniu w Porto Seguro. Dzień w Porto Sreguro był, jak dla mnie najbardziej meczącym ze wszystkich.

    Ostatnie dwa przystanki na Bahii to Lencois, gdzie trochę powspinaliśmy się po górach, by zobaczyć choćby "brazylijski Wielki Kanion". Wędrówka była to męcząca, ale widoki warte polecenia. No i na koniec stolica Bahii i pierwsza stolica Brazylii, czyli Salwador! Tam spędziliśmy 2 dni, pierwszego płynąc, w nieprzerwanych rytmach samby na dwie piękne wysepki, położone blisko miasta. W istocie były to miejsca bajeczne, opuszczaliśmy je z nieukrywanym żalem.
    Następny dzień zwiedzaliśmy niemniej urokliwe Stare Miasto, a naszą przygodę z Salwadorem zakończyliśmy w klubie Olodum, na pokazie Timbalady, gdzie zupełnie przypadkiem spotkaliśmy inną grupę wymieńców, która później również napotkaliśmy w Recife. Wśród nich była jedna Polka- Iga z Lublina.

    Po opuszczeniu Bahii przyszedł czas na Pernambuco i Porto di Gallinhas które mimo swojego uroku i wszędzie stojących kurek (Porto di Gallinhas to w końcu "Kurzy Port"), które przybierały nawet kształt budek telefonicznych, nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Kurort czysto turystyczny. Za to Recife.....Recife to przepiękne miasto, chyba najładniejsze ze wszystkich które do tej pory widziałam w Brazylii. Nie mieliśmy czasu zwiedzać go zbyt dokładnie, gdyż spędziliśmy w nim tylko jeden dzień, ale mam nadzieję, że i jak w przypadku Rio, znajdę okazję, by przyjrzeć mu się dokładniej.

    Zapomniałam dodać, że w Recife miałam okazję spotkać się z dziadkami Carlosa Henrique, wszystkim dobrze znanego wymieńca, który mieszka z moim rodzicami w Polsce. Najpierw spędziłam z nimi (oraz z jego młodszą siostrą Elen) przemiły dzień w Porto di Gallinhas, a następnie w Recife poszliśmy razem na kolację. Są to tak niesamowici ludzie, aż żal mi było opuszczać ich oraz to fascynujące miasto. Dostałam jednak zaproszenie od już i moich dziadków, że kiedy będę chciała, będę mogła odwiedzić i nie omieszkam skorzystać z tego zaproszenia. W Rio spotkałam się również z mamą Carlosa i spotkanie to wspominam niemniej mile, jak to z jego dziadkami.

    Kolejne miasto to Natal i musze powiedzieć, że oprócz zwiedzania największej Cajuery (czyli sadu z owocami caju, z których się potem robi castanhe, nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć:) i plażowania, nie było tam nic ciekawego do roboty. Szczególnie, że jedyna ciekawa rzecz, którą można było tam robić- sandboarding został nam zabroniony.

    W drodze z Natal do Fortalezy mieliśmy jeszcze jednodniowy postój w Canoa Quebrada, czyli w Pękniętym Kanionie (tłumaczenie nazw na polski jest chyba bezcelowe, a przynajmniej śmieszne.... W istocie, tak jak nazwa wskazuje, plaża w Canoa Quebrada była położona w kanionie, na którego szczyt musieliśmy się wspiąć po udanym plażowaniu, by obejrzeć zachód słońca. Widok był wyjątkowo piękny. Romantyczny bym rzekła, gdybym miała z kim dzielić swój romantyzm w Pękniętym Kanionie.....

    Ponieważ zaczynam się coś już męczyć tą długą relacją, będzie szybkie zakończenie i podsumowanie: Ostatnie dwa miasta to Fortaleza i Brasilia. warto już przejść do tej ostatniej, bo zasługuje na krótki opis. Nie nie dlatego, że jest ładna. Dlatego,że jest inna. Stolica, Brazylii, miasto wybudowane prawie z niczego w latach 50. jest równie dziwne , jak przewodnik, który nas po niej oprowadzał.

    Zaprojektowana od początku do końca Brasilia kojarzyła mi się z książką Georga Orwella "1984", a to na myśl musi niechybnie przywodzić ustrój komunistyczny, z którym przecież Brazylia nie miała nigdy nic wspólnego. Ale wielkie połacie pustej, płaskiej ziemi, z której środka niespodziewanie wyrasta dziwnego kształtu, olbrzymi budynek, który we wnętrzu jest praktycznie pusty.....nie to jest widok bardzo przygnębiający dla mnie. Surowość i porządek i cisza, jakie panują w tym mieście sprawiły tylko, że jak najszybciej chciałam je opuścić,. Niestety.


    Oczywiście ten krótki opis nie może dać odczuć całkowicie jaka była ta wycieczka. Była niesamowita, pełna wielu wspaniałych czy śmiesznych wydarzeń, codziennego polowania na Acai i wielu innych rzeczy. Była jednak też bardzo0 męcząca. Ciągłe życie na walizkach doprowadziło, że w Belo opuszczaliśmy autokar umordowani. Ale szczęśliwi i to się najbardziej liczy !!!



Zdjęcia z karnawału w Minas Gerais ...                   [2009.03.01]

    Dzisiaj dla odmiany zamisat pisać, chciałabym się tylko podzielić moimi zdjęciami z Karnawału, który spędziłam w Abaete- mieście położonym 3 godziny na północ od Belo Horizonte, słynącym z jednego z najlepszych karnawałów w Minas Gerais. Było to 5 dni wspaniałej zabawy, którą mam nadzieję lepiej zaprezentują zdjęcia.

    Na pierwszym zdjęciu mamy wszystkie intercambistki ktore brały udział w karnawale: Azusa z Japonii, ja, Kristine ze Stanów i Mariya też z Japonii. Drugie zdjęcie to mniej wiecej jak prezentował się karnawał: zabawa na ulicach przy dzwiękach muzyki na żywo przez całą noc. Trzecie zdjęcie to my już podczas karnawału.


Meksyk
Żarska Natalia
2008-07-30
Miasto...............: Matamoros
 Klub wysyłajacy.: RC Kraków Wanda
 Klub przymujący: Matamoros RC
 Okres pobytu....: wrzesień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: nataliazar@windowslive.com
O sobie...

    Nazywam się Natalia Żarska, wyjeżdżam do Meksyku, a mieszkać będę w mieście Matamoros (jest to miasteczko graniczące ze Stanami, a dokładniej z miejscowością Brownsville).     Pochodzę z Radziszowa (woj. małopolskie), a chodzę do VI LO w Krakowie. Jestem uczennicą klasy dwujęzycznej z wykładowym językiem hiszpańskim z klasą wstępną, nazywaną "klasą 0". Tego roku ukończyłam klasę 1 (nauczanie w takiej językowej klasie, łącznie z klasą wstępną "0", trwa cztery lata). Nauka języka w takiej klasie to coś wspaniałego (kilka przedmiotów z rodowitymi Hiszpankami y bakcyl, jakiego z czasem łapie każdy uczeń takiej klasy, hiszpański po prostu niesamowicie uzależnia, nie da się go nie pokochać :D).
   Urodziłam się 7 września 1990 w Krakowie, więc jakieś dwa tygodnie po przyjeździe do Meksyku, skończę osiemnaście lat. Zainteresowania: taniec, literatura, sport, język hiszpański, podróże, różnice kulturowe, muzyka.

   A teraz powody, dla których chcę jechać na wymianę. Oooj, jest ich sporo.
Na wymianę pragnę jechać, by:
 -się usamodzielnić;
 -nauczyć się niezależności;
 -perfekcyjnie nauczyć się języka hiszpańskiego i zaczerpnąć co nieco z języka angielskiego;
 -poznać mnóstwo nowych ludzi;
 -zgłębić nową, zupełnie obcą mi kulturę, meksykańskie tradycje i obyczaje;
 -poczuć, co znaczy "żyć";
 -dostrzec to, co zostawiam w Polsce, by po powrocie, potrafić docenić wszystkich tych wspaniałych ludzi, jacy mnie otaczają.

   A tak poza tym to zawsze fascynowały mnie języki, podróże, no i obce kraje! Chciałabym by Rodzice nie żałowali wysłania mnie na taką wymianę i zobaczyli, że naprawdę warto (:
   Pragnę również nauczyć się od Meksykanów sympatii, otwartości, spontaniczności oraz wiecznego optymizmu.
Ten rok, który zacznie się już za miesiąc, uważam za moją życiową przygodę i źródło niezapomnianych doświadczeń!

Obiecuję, że zdam relacje zaraz po przyjeździe (wylot 23.08.)



Pierwsze wrażenia z Meksyku...                   [2008.09.03]

   Moja meksykańska rodzina jest genialna, są dla mnie niesamowicie mili. Mama zajmuje się ceramiką, jest artystka, Tata jest lekarzem. Mam trzy host siostry i jednego host brata (w niedziele byliśmy w Monterrey, żeby odwieźć go na lotnisko bo właśnie wyjechał na wymianę do ukochanej Polski! Jedna z sióstr chodzi ze mną do klasy, druga studiuje w Monterrey, nie mieszka z nami, a trzecia mieszka w domu i jest lekarzem, ale w sumie głównie zajmuje się takimi rzeczami jak botoks, makijaż permanentny, etc. Wszyscy są niesamowicie serdeczni, nie ma na co narzekać.

   Szkoła bardzo różni się od naszej, każdy ma tutaj przydzielony swój numer, hasło do swojego konta w szkolnym portalu i stamtąd mają ściągać wszystkie materiały do nauki, zadania, etc. Zadania można oddawać jedynie napisane na komputerze. Prawie wszyscy maja laptopy, a raczej spora większość. Klima działa aż za dobrze, boję się, że się przeziębię.
    Ludzie w szkole są niesamowicie otwarci i przyjacielscy. Nie ma mowy o tym, żebym się z nimi nudziła.
   Lekcje trwają tutaj ok. godzinę (tak naprawdę to jakieś 30-40 min., przerwy miedzy lekcjami trwają 10 minut, jest jedna, która trwa 30min. i kolejna trwająca ok. 1-2h. Nie ma tu wf-u, są jedynie zajęcia jak: piłka nożna, siatka, koszykówka, yoga, jazz, muzyka, śpiew, taekwondo, teatr, organizacje uczniowskie i z pośród tego każdy wybiera jedne zajęcia dla siebie. Odbywają się jakieś trzy razy w tygodniu, trwają po 1-2h.
    Język polski w szkole robi furorę!
   
Wszystko genialne!


Dzień Niepodległości Meksyku ...                   [2008.09.15]

   Jak do tej pory, wszystko przebiega wspaniale. Żyje tutaj w ciagłym biegu, nie mam zbyt wiele czasu na nudę, co wcale mnie nie martwi. Zdaję sobie sprawę z tego, że taki rok już nigdy się w moim życiu nie powtórzy. Niestety.

   Na każdym kroku widzę mnóstwo nowych, zadziwiających mnie rzeczy. Czuję, że Meksyk to zupełnie inny świat. Świat, który naprawdę warto poznać. Dzis Dzien Niepodlegości, wieczorem wybieramy się na Rynek, by tam, razem z wszystkimi krzyczeć ¨Viva Mexico, viiiiva!¨. A ja, z moją Polską flagaąna ramionach i polskim szalikiem na szyi, meksykańska flaga w dłoniach, z pewnością dodam: ¨Que viva POLONIA¨!


Meksyk
Dropko Hanna
2008-08-01
Miasto...............: Pachuca
 Klub wysyłający.: RC Lublin Centrum
 Klub przyjmujący: RC Pachuca Sur
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: ginger92@o2.pl
O sobie ...

    Nazywam się Hanna Dropko. Chodzę do drugiej klasy liceum z międzynarodową maturą IB, wkładam większe półserca w klub turystyczny i rysunek. Wolny czas spędzam koniecznie na świeżym powietrzu, niekoniecznie sama, zdecydowanie z muzyką.

    Dlaczego wymiana? No cóż...coś w życiu trzeba robić.

       Mexico, nadchodzę!
USA
Kuźniak Angelika
2008-08-11
Miasto...............: Sturgeon Bay Wisconsin
 Klub wysyłający.: Rotary Club Bydgoszcz
 Klub przyjmujący: Central States Rotary Club w Sturgeon Bay Wisconsin
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: angela199x@yahoo.pl
O sobie...

    Nazywam się Angelika Kuźniak, mam 17 lat. Uczęszczam do IX Liceum Ogólnokształcącego o profilu dziennikarskim z rozszerzonym językiem angielskim w Bydgoszczy.
 
   Moje hobby to przede wszystkim podróże, dzięki którym poznaje nowych ludzi, kulturę, a także mobilizują mnie do nauki języków obcych. W wolnym czasie uwielbiam spotykać się z przyjaciółmi, to właśnie z nimi można się skręcać ze śmiechu a także pożartować i poplotkować. Interesuje się sztuką i architekturą... moim skromnym marzeniem jest zostać panią architekt wnętrz he he.... ale schodząc na ziemię napiszę dlaczego właśnie chcę wyjechać do Stanów na roczną wymianę młodzieżową.
  
  Jest naprawdę wiele powodów. Przede wszystkim chciałabym zobaczyć kawałek świata, zdobyć wiele doświadczeń, poznać inną kulturę, ludzi, amerykański tryb życia, różne tradycje. Chcę również podszlifować język angielski i poznać tamtejszy slang. Jednym z powodów jest chęć usamodzielnienia się , oraz przeżycia niesamowitej przygody, której z pewnością nie zapomnę do końca życia.



Przygody w podróży...             2008.08.15

    Miałam sporo przygód jeżeli chodzi o moją podróż do Stanów. Bardzo długa historia, ale postaram się to opisać bardzo zwięźle. 14.08 miałam wylecieć do USA, na Okęciu w Warszawie dowiedziałam się, że mojego nazwiska nie ma na liście rezerwacji i że bilet prawdopodobnie został anulowany. Po wykonaniu paru telefonów okazało się, że wylot odbędzie się następnego dnia :15.08. Myślałam, że będę musiała spędzić cały dzień i noc na lotnisku, na szczęście po interwencji RC Bydgoszcz ja i moja mama udaliśmy się do przyjaznych rotarianów w Warszawie, gdzie spędziliśmy noc.

Lot...            2008.08.15

    15.08 o 07:40 wyleciałam z Warszawy Okęcie do Amsterdamu. W Amsterdamie jest naprawdę duże lotnisko, trzeba było iść i iść, a na końcu niespodzianka w postaci rozmowy z celnikami na temat bagażu itp. Następnie przedostanie się przez bramkę metali i do "gate".     Z Amsterdamu leciałam do Chicago. Leciałam 8h, lecz wcale nie czułam że aż tyle. Samolot pierwsza klasa, każdy z tylu na siedzeniach miał własny telewizor i aż 9 kanałów!! Oprócz tego obiad, i przekąski.....było naprawdę fajnie. Nie pomyślcie że to klasa biznesowa.... leciałam klasą ekonomiczną.    
   W Chicago można się zagubić, ponadto musiałam wypełniać jakieś formularze, potem nadać bagaż i jechać pociągiem do odpowiedniego terminalu, gdzie miał znajdować się odpowiedni "gate" :F11B. Z Chicago do Green Bay.....samolot strasznie mały, myślałam, że się rozwali w trakcie startu hehe, ale na szczęście przeżyłam i doleciałam. Na lotnisku w Green Bay czekał na mnie dyrektor RC Central States Mr. Herrick wraz z jego żoną Mrs. Barb.


Pierwsze dni...            2008.08.16

    Pierwsze parę dni spędziłam u dyrektora RC Central States w Sturgeon Bay WISCONSIN. Pewnie zastanawiacie się czemu u dyrektora?...Dowiedziałam się, że u nich jest taka tradycja i że właśnie Mr. Herrick zawsze chce poznać osobiście uczestnika z wymiany. Było naprawdę miło, zapoznali mnie z tutejsza przyroda, z nazwami ptaków, drzew, ryb. Pierwszego dnia objechaliśmy cale miasto, abym troszkę się oswoiła, była piękna pogoda a nad nami piękne nocne niebo.
    Następnego dnia odwiedziłam moich host parents w sklepie, w którym pracują. Tam wręczyli nam bilety na koncert jazzowy na którym miał grać mój młodszy host brother- WIll. Było ekstra. Will dostał nawet wyróżnienie za naprawdę dobra grę na basie.

    W niedziele poszliśmy do Kościola Protestanckiego (większość ludzi w USA to protestanci) Mr. Herrick jest pastorem wiec wypadało iść ;) Podczas mszy pastor wywołał mnie na środek i przedstawił. Ja jako dziewczyna z manierami powiedziałam do wszystkich "Hello everybody" ... i wiecie co potem się stało? Po mszy każdy chciał ze mną porozmawiać i zamienić parę słów......teraz wszyscy mnie znają, a ja ich nie hehe. Po mszy cala grupa ludzi spotyka się przed Kościołem, aby porozmawiać, można się również napić lemoniady i zjeść ciasteczka.

    Wieczorem był zaplanowany obiad z moimi dwoma host rodzinami. Było naprawdę sympatycznie. Wspólny grill, urodziny wnuczki Mrs. Barb. .......A że niedawno miałam urodziny zaśpiewano mi happy birthday i wręczyli prezent w postaci czerwonej bluzy z napisem WISCONSIN, naprawdę mnie zaskoczyli.


Pierwsze dni u host rodziny...             2008.08.19

    Moja host rodzina ma naprawdę duuuży dom. Mieszkają na takiej posesji, gdzie jest również parę domów i basen, z którego mogą korzystać wszyscy którzy mieszkają na tej posesji. Basen jest zamykany, trzeba mieć specjalną kartę z chipem, żeby się do niego dostać.
    Rodzina jest naprawdę sympatyczna i pomocna. Mam dwóch host braci, młodszego Willa, o którym już pisałam (16 lat) i starszego Huntera (18 lat), również poznałam najstarszego z braci - Rory (23 lat) który nie mieszka z nimi. Stwarzają mi naprawdę domową atmosferę, tłumaczą wszystko tak abym zrozumiała, mówią wolniej niż zazwyczaj ze względu na język. Ogólnie wszyscy, czy znajomi, czy ludzie, są naprawdę wyrozumiali, jeśli chodzi o angielski obcokrajowców. Mam już nawet zaliczone pierwsze robienie ciastek, co jest bardzo popularne tutaj.

    Sara (host mother) zabrała mnie na zakupy, kupiła dla mnie parę ciuchów, potrzebnych kosmetyków. Ona jest bardzo szczęśliwa, że ma host córkę i że może coś kupić dla dziewczyny hehe, bo dotychczas byli tylko jej synowie.
    Wieczorem byłam z host braćmi na "party" zorganizowanym specjalnie dla dziewczyny, która niebawem wylatuje do Czech na wymianę.


Pierwsza konferencja...            [2008.08.22]

            -Dzień pierwszy-

   22.08 - pierwsza konferencja, która trwała 3 dni. W pewnym hotelu (Bridge Port Resort) w Sturgeon Bay spotkało sie 22 "exchange student" pochodzących z różnych krajów. W sali obrad (tak ją nazwałam hehe) omawiano regulamin RYE. Każdy z nas dostał specjalny segregator i identyfikator, aby ułatwić tą konferencje.
    Następnie udaliśmy się do domu Mr. Selvicka, gdzie był czas na zintegrowanie się, pływanie w basenie. Pod wieczór - zaskoczenie, pan Selvick przyniósł ogromny urodzinowy tort i powiedział:

    Mr. Selvick: " "We have 2 girls : Norway girl and Polish girl who has a birthday"
    Ja:"I haven't got birthday today"
    Mr. Selvick: "When is your birthday"
    Ja :"12th of August"
    Mr. Selvick: "Very close, this cake is for you"

Udała im się niespodzianka.
Pod wieczór przyjechali rotarianie, (nawet prezydent mojego klubu) więc mogliśmy porozmawiać........

            -Dzień drugi-

   Drugiego dnia również spotkaliśmy się wszyscy w domu Mr. Selvicka. Na początku było spotkanie w ogrodzie i słuchanie następnego referatu dotyczącego RYE. Potem Mr. Matt zrobił każdemu zdjęcie portretowe, które zamieści w Year Book RYE, które otrzymamy pod koniec naszej przygody. Po jakiejś godzinie podzielono nas na dwie grupy i pojechaliśmy do fabryki, gdzie się tworzy świece (My również tworzyliśmy swoje). Następnie pojechaliśmy z wizytą do najlepszej lodziarni, gdzie mogliśmy sobie wybrać lody jakie chcemy. Fajne miejsce...można zobaczyć nawet nowoczesne dojenie krów przy pomocy maszyn hehe. Wróciliśmy, porozmawialiśmy.........i finish.

            -Dzień trzeci-

    Spotkaliśmy się, żeby podsumować tą konferencję, wręczyć sobie wizytówki i wymienić się znaczkami, które potem przyczepimy na nasze uniformy. Następnie Mr. Matt zrobił wspólne foto ....i czas było się pożegnać.
    Następna konferencja w październiku.



American Folklore Theatre ...                   [2008.09.06]

    Mrs. SHirley-moja główa konselor zaproponowała mi wypad do teatru leśnego w Pat Park. Odgrywano pewien spektakl pt "Lumberjacks in love". To było naprawdę świetne love story. Pomiędzy scenami grała muzyka, a ludzie stwarzali miła atmosferę. br>     To był udany wieczór.


American Football Game ...

    Host Rodzice Molly (również exchange student z Norwegii) zaproponowali mi wypad na prawdziwy amerykański mecz footballu, dlatego że mieli jeden wolny bilet. Oczywiście się zgodziłam! Dojechaliśmy na miejsce, przed stadionem tysiące ludzi próbujących wejść do środka, czułam tą adrenalinę hehe. Weszliśmy do środka, potem próbowaliśmy doszukać się naszego miejsca. Trafiliśmy na tak wspaniałe miejsca, że szok. Widziałam bardzo dokładnie wszystkie twarze zawodników, którzy grali na tym meczu. Najbardziej przystojny był zawodnik nr 82 hehe.
   Wisconsin kibicowało POCERSOM w zielonych uniformach. Niestety przegrali 21-23, gdyż sędzia nie uznał im 7 punktów. Ale co tam, najważniejsze że byłam, zobaczyłam. Najlepsze były przerwy, kiedy grała muzyka a te tysiące ludzi wstało i tańczyło. Mecz trwał 3 h, ale dopiero pod koniec zrozumiałam zasady gry hehe.


Fotki do YEAR BOOK

    YEAR BOOK to książka, którą dostaje każdy senior po zakończeniu HIGH SCHOOL, w niej znajdują się zdjęcia każdego seniora. Więc pewnego dnia moi host rodzice postanowili mi porobić parę fotek. Miałam 5 kostiumów do przebrania. Normalnie praca modelki. Pojechaliśmy do domu mamy Mrs. Jeff'a (mojego host taty)z tego względu, że jest tam wspaniały ogród i widoki nad jezioro. Porobiliśmy 268 fotek. Wieczny uśmiech, świeży makijaż i do dzieła- troszkę męczące, ale dałam rade !!! Oczywiście nie wkleję wszystkich fotek ale z 3 się przydadzą.


Szkoła...

        I DZIEŃ
    Szkoła zaczęła się od wtorku. Nawet nie miałam stresa. Przed szkołą moi host racia zaprosili znajomych na wspólne śniadanie. Były naleśniki, płatki, kanapki, bekon, jajka itp. Było zabawnie. W szkole uczniowie mieli się zgromadzić w sali gimnastycznej, gdzie zostali przedstawieni wymieńcy czyli JA! Molly i taki jeden Alex z Niemiec. Następnie odbyły się wszystkie lekcje (6) tyle ze nie trwały 90 minut tylko 45.

        NASTĘPNE DNI
   Można było się zagubić w tej szkole. Wydawała mi się taka olbrzymia, tyle zakretów, takich samych szafek. O mało co się nie spóźniłam na lekcje w pierwszych dniach. Moja szafka jest koloru zielonego, mój kod 15-49-39. Z otworzeniem tej szafki to też nie lada wyzwanie. Na szczęście się przyzwyczaiłam i funkcjonuje jak maszyna bez pomyłek.
    Mój plan lekcji: Codziennie mam te same lekcje zaczynam o 8 kończę o 15. Rozpoczynam Healt, Study Hall (na którym nic nie robię-okienko) US.Histry, American Sudies (ugh mój najgorszy przedmiot), Art:Drawing and Ilustration, Algebra II(na tej lekcji czuje się jak w Chinach, tyle matematyczno-angielskich definicji, że szok, najlepsze jest jak stoję przed tablica i nauczycielka dyktuje co mam napisać hehe a ja nie wiem o czym ona mówi- kwestia wprawy). Nauczyciele są mili, szczególnie pan od US Histry Mr. Barry Mellen- zabawny gościu, z nim historia to czysta przyjemność.
    Atmosfera w szkole miła, choć nie mam za dużo czasu, żeby jakoś się z kimś zaznajomić na dobre i na złe hehe, dlatego, że jest tylko 5 minut na to aby po lekcji iść do szafki wziąć potrzebne rzeczy i iść do następnej klasy. (Trzeba iść do szafki, bo nie można trzymać plecaków, toreb w sali!!- głupia zasada)






Nareszcie mi dobrze idzie...                   [2008.10.20]


SZKOŁA

   Nareszcie mi dobrze idzie, dostałam raport z American Studies i Algebry II. AMerican Studies od góry do dołu same A, a Algebra - hehe różnie bywa ale final grade - B. Reszta przedmiotów jest ok. Zazwyczaj dostaję z testów pomiędzy 85-100% jest dobrze.

HOMECOMING

   Tydzień przed wielkim party (Homecoming) można było zobaczyć wszędzie papier toaletowy, w szczególności na drzewach koło szkoły i oczywiście na domach ulubionych nauczycieli. Samo party było chyba moim największym i najlepszym party w moim życiu, każdy tańczył (bez wyjątku), była wspaniała muzyka, świetna atmosfera dużo śmiechu. Czułam się jak w jakimś filmie amerykańskim, ten wystrój i wybór królowej i króla Homecoming z pośród wyróżnionych uczniów.

    Hehe można było się pośmiać z tych wszystkich dziewczyn które ubrały 10-centymetrowe obcasy i chodziły jak połamane..... Nie było też zbyt dużo napojów więc trzeba było sobie radzić poprzez picie kranówy z kranu na korytarzu haha.

CAMPING W WASHINGTON ISLAND

   Moi host rodzice (Sarah i JEff) musieli wyjechać do North Carolina, żeby pomóc synowi w przygotowaniach do ślubu, więc przez te 4 dni zostałam u mojej 2 host rodziny. Pierwszego dnia zabrali mnie na magic show, gdzie mogłam zobaczyć pokaz iluzji, krojenie człowieka itp.    Następnego dnia czekała nas podróż do Washington Island. Jechaliśmy 1 h drogi a następnie 1 h płynęliśmy statkiem. Na statku byli chyba sami ludzie z Indii, mogłam słyszeć mnóstwo różnych obcych języków. Dotarliśmy, dojechaliśmy na miejsce campingowe. Następnie zwiedzaliśmy całą wyspę. Kolory jesieni na liściach były nie do opisania, pierwszy raz widziałam tak piękną jesień. Wspinałam się na mini skale, jadłam karmelowe jabłko, odwiedziłam wiele portów. Poznałam wielu ludzi, którzy mieli coś tam do czynienia z Polską...a ten ma rodziców, którzy mieszkają w Polsce, a tamten był na wakacjach w Warszawie itp.

   Obiad zjedliśmy w Kościele luterańskim, dlatego że był okres dziękczynny i Kościół zorganizował dla wszystkich ludzi na wyspie obiad. Pod koniec dnia zrobiliśmy wielkie ognisko, przy którym jedliśmy jakąś taką piankę czy oponkę i graliśmy w yahzee- fajna gra, mój młodszy host brother mnie ograł.....

   Następnego dnia pojechaliśmy na tamtejsze lotnisko i jeszcze raz objechaliśmy wyspę, to był niezapomniany pierwszy camping w moim życiu. Cieszę się również,że mogłam poznać moją drugą host rodzinę wcześniej niż przypuszczałam, teraz wiem jacy są, jakie mają zwyczaje......

DRUGA KONFERENCJA ROTARY

      PIERWSZY DZIEŃ (Czwartek)

   Konferencja odbyła się w naprawdę wspaniałym hotelu, był basen, siłownia, 3 bary, sauna, co tu dużo pisać.... sam luksus.    Pierwszego dnia były tylko vipy, czyli nie wszyscy exchange student... ha ha zostałam wyróżniona. Ale za to musieliśmy pomagać wszystko przygotować... ustrajać salę na Halloween party i przyszykować stanowiska na Clulture Fair.Dzień zleciał baardzo szybko.

      DRUGI DZIEŃ (Piątek)

   W końcu spotkaliśmy się ze wszystkimi exchange student(Inbound exchange students). Dojechali również uczniowie, którzy zamierzają wyjechać na wymianę (Outbound) oraz Re-bound, ci którzy już byli na wymianie. Ta konferencja miała na celu promowaćc nasze kraje, aby pomoc w Outbound w wyborze odpowiedniego kraju na wymianęe.

   Wysłuchaliśmy nudnego przemówienia, które trwało 2 h, potem był czas wolny na rozmowy, basen itp. A następnie przebranie się na Halloween Party. Ja się przebrałam za Roma girl prosto z Italy, czułam się jak dziewczyna Juliusza Cezara...wspaniałe uczucie haha.

   Po party było karaoke i dyskoteka...aż brak słów do opisania jak wspaniała była dyskoteka. Tańczyłam od 8 do 1 nad ranem -uula cały czas odczuwam ból nóg hehe. Nawet miałam 3 partnerów do tańca, a ile było komentarzy typu - wow you're exstra dancer (Musiałam się pochwalić)

      TRZECI DZIEŃ (Sobota)

   Każdy z nas dostał po dyni, naszym zadaniem było oczyścic dynie z środka a potem zaprojektować naszą halloweenowa dynię. Niezła i bardzo brudna zabawa. Potem pojechaliśmy na bowling. Grałam 4 razy i tylko 1 raz wygrałam, hehe zjedliśmy tam lunch (pizza i cola ).

   W trakcie jazdy złapaliśmy gumę... jechaliśmy jechaliśmy aż tu nagle straszny pisk i huk, panowała naprawdę przerażająca cisza jakby każdy czekał na śmierć...(nie przesadzam ), potem słysząc wypowiedzi innym, myśleli że będzie jakaś eksplozja hehe.    Jak wróciliśmy musieliśmy nadgonić stracony czas, przygotowaliśmy nasze stanowiska na promowanie naszych krajów, musieliśmy się również przebrać w rotariańskie marynarki ze względu na zdjęcie z Governor.

   Promowanie kraju było dość nudne, każdy przychodził i zadawał te same pytania... i tak było przez 2 h. Co było zabawne, to stemplowanie w specjalnych paszportach, które miały symbolizować wizytę w danym kraju.    Zapomniałabym, był konkurs na najlepszą halloweenowa dynię... i oczywiście moja wygrała!!! Dostałam 10$ na zrobienie zakupów w specjalnym rotariańskim sklepie w tym Hotelu. Dowiedziałam się również że uczniowie nie mogą wybrać w tym roku Polski... bo coś tam, ale musiałam promować mój kraj - honorowo. Pod koniec również było Karaoke i dyskoteka, ale tym razem wybrałam basen.

      DZIEŃ CZAWRTY (Niedziela)

    Ten dzień był najkrótszym dniem, spakowaliśmy się, a potem poszliśmy na zebranie, gdzie żegnaliśmy styczniowych exchange student, dla których była to ostatnia konferencja. Opowiadali o swoich przeżyciach w USA o wspanialej przygodzie. Niestety nie obyło się bez płaczu, oni naprawdę chcieli by tutaj zostać dłuuużej. Każdy z nich opowiadał jak się zmienił, że dojrzał, nauczył się samodzielności, poznał wspaniałych ludzi.. to się właśnie nazywa rotariańska wymiana!!!



HALLOWEEN...                   [2008.11.01]

   W sumie był to pierwszy tak huczny halloween w moim życiu, pierwszy raz mogłam się przebrać w halloweenowy kostium wybiec na ulice i pukać do drzwi lub wstępować do sklepów po to aby żebrać jak najwięcej słodyczy. Pomyślałam sobie co to by było u nas w Polsce... jakiś facet otwiera drzwi, przed nim dziecko przebrane za Harrego Pottera, wystawia koszyk a on na to ........zjeżdżaj mi z stąd ha ha, a w stanach to jest "just fun"

    Pod koniec dnia wybrałam się z moimi host braćmi i znajomymi do domu strachów, jejku niby wiedziałam ze tam sami aktorzy, ale jednak strach i emocje były. W lesie strachów nie było źle, od czasu do czasu wyskakiwał ci człowiek z trumny lub z czołgała się mumia z spod liści, ale dało się przeżyć. Pamiętam ze raz w lesie zadano mi do zrobienia pompki a ze nie znałam tego słówka po angielsku to kazano mi cos zaśpiewać...oczywiście zaśpiewałam hymn Polski po polsku ha ha, to pierwsze przyszło mi do głowy.

     Potem wsiedliśmy do autobusu, na każdym przystanku dosiadywali się mumie, czarownice itp. i siadali koło ciebie dostawali wtedy drgawek, krzyczeli ci do ucha itp., robili wszystko żeby cię przestraszyć. Dojechaliśmy do domu strachu, w momencie zapukania, drzwi zaczęły się rozsuwać, było ciemno, w małym pomieszczeniu siedział człowiek z kartami, trzeba było wylosować jedna kartę, akurat trafiło na mnie... wylosowałam "tortury" -OOo

    Potem szliśmy po wąskich ciemnych korytarzach od czasu do czasu rzucano na nas oślepiające flesze, nie było widać nawet dokąd zmierzamy, czułam się jakby cos nie tak było z moja głowa hehe, nie wiedziałaś kiedy ktos na ciebie wskakiwał albo porywał cię w inne pomieszczenie żeby zadąć ci zagadkę.....najczęściej robiły to kaluny. Najgorsze było przejście przed dwie nadmuchane poduchy, czułam tylko te poduchy, jakbym nigdy stamtąd nie miała wyjść a na samym końcu wyskakuje facet z tasakiem wow to było coś.

   Ostatnie pomieszczenie było szokujące, światełka rożnego koloru wirowały w okol ciebie w kolko, gdy trzeba było wejść na most, można było się poczuć jakbyś był sparaliżowany, jakbyś nie umiał dalej iść dlatego ze pozornie cały czas wirowałeś. W końcu skończyliśmy podroż, jako ci odważni ze przeżyliśmy, mogliśmy się podpisać na wielkiej tablicy.


CHICAGO...                   

   Pierwsza moja wycieczka do prawdziwej Ameryki jak ja to nazwalam. W końcu zobaczyłam te drapacze chmur, w końcu nocno walam na 13 piętrze w hotelu z widokiem na centrum. Pomieszczenie basenowe było cale oszklone, wiec szczególnie nocą czułaś się jak w romantycznym amerykańskim filmie, tylko ty woda i widok na oświetlone centrum Chicago- ahh

   Drugiego dnia oczywiście zakupy w najlepszym sklepie pod słońcem- Forever XXI, a potem wspinaczka na 103 pietra na serious tower, oczywiście jechaliśmy winda, jednak żeby dojść do etapu "winda" trzeba przejść procedury takie jak na lotnisku, przejście przez bramkę metali itp. Żeby zająć zwiedzających czymś w windzie, puszczono krotki filmik o serious tower. (A tak przy okazji w windzie czujesz się jak w samolocie, i jesteś na tym 103 piętrze błyskawicznie) Nie mogłam opuścić Chicago bez zjedzenia chicago's hot-dog, są świetne, musicie koniecznie spróbować będąc tam

!    Ogólnie Chicago to moje ulubione miasto, jest tam porostu pięknie. Tak mnie zastanawia gdzie się podziała ta cala polonia w Chicago? Nie słyszałam żadnych polskich akcentów będąc tam - może i lepiej hehe kto wie?!


NEW YORK ...                   

    W Nowym Yorku byłam aby zaliczyć godziny wolontariatu do szkoły. Pojechałam wiec tam z Kościołem protestanckim na 5 dni. Jechaliśmy busem 20 h, nawet dobrze to zniosłam, nie odczulam ze jechałam aż tak długo. Mieszkaliśmy w protestanckim Kościele, spaliśmy na dmuchanych materacach, 1 łazienka na 36 osób, brak prysznica tylko wielka jedna umywalka hehe ale było zabawnie. Przyjechaliśmy o 7 nad ranem, po rozpakowaniu się od razu poszliśmy na miasto na swoje stanowiska pracy. Akurat moja grupa pierwszego dnia szła do "subkitchen" i pomagała w serwowaniu lunchy dla bezdomnych. Ciekawe doświadczenie, gdyż rozmawiając tak z tymi bezdomnymi, każdy mówił ze nienawidzi New York, i ze męczą się mieszkając tam. Następnego dnia pracowaliśmy w Clothing bank, tam składaliśmy jeansy i rożne ciuchy które potem zostaną wysłane dla potrzebujących, na koniec pracy dostaliśmy w prezencie czapki, rękawiczki na zimę;)

   Trzeciego dnia już wszyscy razem wybraliśmy się pozwiedzać miasto, byliśmy w muzeum "Nature of history"- tam gdzie kręcono "Noc w muzeum", potem specjalnie dla mnie, gdyż jestem Katoliczka poszliśmy do katedry katolickiej największej w Nowym Yorku, gdzie przyjęłam komunie!!!! , a na koniec wypad na New York's pizza, byliśmy strasznie głodni wiec zamówiliśmy pizze z naprawdę bogatymi składnikami na górze hehe.

   Nasza podróż zakończyliśmy msza niedzielna w Kościele protestanckim, gdzie SA sami czarni ludzie, msza trwała jakieś 3 h, każdy był wystrojony wręcz w sukienki takie jak na wesele, oni bardzo dużo śpiewają, nie trzymają się regułek mszalnych, mówią co chcą, od czasu do czasu można usłyszeć murzyńskie grono wykrzykujące "alleluja", pastor opowiada o sukcesach parafian, przedstawia na prezentacjach multimedialnych specjalne wydarzenia. Było inaczej.... na dodatek my jako goście z Wisconsin musieliśmy służyć na mszy poprzez śpiew w chórze, było ekstra , najgorsze były próby i zapamiętanie tekstu w języku angielskim, ale dałam rade i stałam w pierwszym rzędzie haha. A tekst był taki :

   "We sing the prayers to the king, for he is the king of kings
   Give him Glory, for he is the king of kings"
   He raise forever, he raise forever and ever more.-
   He wins, he wins, he wins, he wins. - kanon"

    Podsumowując ta wycieczkę powiem szczerze ze wole Chicago, New York to strasznie zatłoczone miasto, centrum jest oddzielone od tej części mieszkalnej rzeka, wiec ludzie zazwyczaj aby dojechać do centrum musza przeznaczyć na to 2 h (wyjść z domu, iść na stacje pociągowa, dojechać pociągiem na prom, wsiąść w prom dopłynąć do centrum- męczące i to jak). Gdy po całym dniu pracy wracaliśmy można było zauważyć tych wszystkich wyczerpanych ludzi, którzy zazwyczaj prawie zasypiali. Nie żałuje ze pojechałam, wymagało trochę poświęceń ale przeżyłam i jestem bogatsza o nowe doświadczenia.


NO I PIERWSZY POLAK SIĘ NAPOTKAŁ...                   

   Poszłam na koncert moich host braci, którzy śpiewali w chórze, siadam w ławce z moimi host rodzicami, nagle pytają mnie się czy czasem mężczyzna koło mnie nie jest Polakiem bo ma taki sam akcent jak ja gdy mówi po angielsku, ja oczywiście nie byłam pewna, host-mother zagadała tego faceta, okazało się ze to Polak, i na dodatek ojciec mojej koleżanki ze szkoły hehe... porozmawiałam sobie w końcu w moim ojczystym języku, nie ukrywam ze było dziwnie, miałam wrażenie ze wszyscy dookoła mnie wszystko rozumieją, a jednak byli zieloni jak trawa haha. Teraz planujemy się spotkac na polski dinner hehe.......już nie mogę się doczekać żeby zjeść coś polskiego.


ADWENT...                  

  Przygotowania do świat, zakupy świąteczne, ukradkiem kupowanie prezentów w younkersie po szkole, szokująca ilość śniegu, czasem można się poczuć jak na Syberii (raz była burza śnieżna a to oznaczało - school was canceled. I pierwsza adwentowa spowiedz w Kościele, jeju ale miałam stracha, nie dość ze tam nie ma konfesjonałów i trzeba się spotkać z księdzem twarzą w twarz to jeszcze mówić po angielsku .. trafiłam na księdza który zaśpiewał mi polska kolędę po polsku, ale nie był Polakiem, z początku nie wiedziałam, co śpiewa ale refren poznałam "Pójdźmy wszyscy do stajenki " hehe

   Co wieczór moja most rodzina zasiada do stołu przy zapalonej świeczce (specjalnej takiej adwentowej wynumerowanej od 1-25 coś w rodzaju kalendarza adwentowego) i śpiewa kolędy wszystkie jakie zna do czasu aż się wypali jeden dzien., tym sposobem nauczyłam się paru kolęd.


WIGILIA....                   

   Tutaj tradycje SA zupełnie inne niz. te co mamy w Polsce, np. tutaj odpakowanie prezentów zaczyna się rano 25 grudnia i jemy Wigilijne ale śniadanie hehe, nie dzielą się opłatkiem, nie jędza karpia a indyk lub szynkę, czy jakąś pieczeń, nie musza mięć 12 potraw i jednego pustego nakrycia. Jedyne tradycje które się pokrywają to choinka i prezenty.

   Moja rodzina ma taka tradycje ze host mama dla każdego kupuje nowe piżamy, i musieliśmy się w nich pokazać 25 rano , wszyscy się wiec skupiliśmy koło kominka, każdy dostał swoja wypchana prezentami skarpetę, nie ukrywam byłam pod wrażeniem ilości prezentów- wow , potem pojechałam na msze do Kościoła Katolickiego, gdy wróciłam usiedliśmy koło choinki i tam rozpakowaliśmy wielkie prezenty - również wow.

   Następnie poszliśmy zjeść obiad, pod koniec obiadu każdy dostał wieki cukierków z papieru, trzeba było go rozerwać, w środku były słodycze, upominek i papierowa korona która trzeba było założyć i odczytać żart który również był zawarty w cukierku haha, - brytyjska tradycja, mój żart był taki:

   "Where do fish go every morning?"
-    In plaice to school .

Nie wiem nie rozumiem tamtejszych żartów, ale cóż tak to już bywa w obcym kraju.
USA
Cieślak Maciej
2008-08-11
Miasto...............: Unadilla
 Klub wysyłający.: RC Panorama Wrocław
 Klub przyjmujący: RC Unadilla
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: cieslak.maciek@gmail.com
O sobie...

    Nazywam się Maciej Cieślak i jadę na rok do USA. Chodzę do IX LO we Wrocławiu do klasy o profilu mat-fiz.Mam 17 lat. Jadę do Unadilla, NY.    

Co do moich zainteresowań to jest ich bardzo wiele. Na pierwszym miejscu jednak stawiam lotnictwo. W tym roku jeszcze przed wyjazdem mam nadzieję zdać egzaminy do licencji pilota szybowcowego. Zgodnie z tym co powiedział Antoine de Saint-Exupery: Latam, bo to uwalnia mój umysł z tyranii nieistotnych rzeczy. Poza tym kocham czytać książki, duuużo literatury o tematyce lotniczej, ale i fantastycznej, kryminały. Lubię biegać i kosić trawnik. Wiem to dziwne, ale te czynności działają na mnie odprężająco.    

Dlaczego? Chcę poznać nowych ludzi. Zawrzeć przyjaźnie, poznać niuanse języka, ale przede wszystkim kulturę. Myślę, że ten rok pozwoli mi nabrać pewności siebie. Będzie to niezapomniana i niepowtarzalna przygoda, z której relację będę później mógł opowiadać. Zawsze chciałem pojechać do Nowego Jorku, a Unadilla to tylko ok. 250km. Marzenia się spełniają.    

Więcej już niedługo.    



W Ameryce.....                    [2008.09.17]

   Do Ameryki dojechałem 27.08, jednak pisze dopiero teraz. Tyle się działo po drodze, że ciężko było wygospodarować czas na napisanie sprawozdanka. Lot przebiegł bardzo spokojnie. Leciałem z Monachium z przesiadką w Waszyngtonie do Syracuse. Bałem się tej przesiadki. W sumie to nie wiedziałem czy ogarnę to lotnisko, które jest bądź co bądź większe od polskich. Na przesiadkę miałem 4h więc wszystko poszło gładko i aż dziwnie szybko. W każdym bądź razie szybciej niż się tego spodziewałem. Po 1,5h już byłem wolny i właściwie tylko czekałem aż zaczną wpuszczać do samolotu.
    Drugim szokiem był czas lotu z Waszyngtonu do Syracuse. Otóż myślałem, że zajmie to co najmniej 1,5h a zajęło tylko 40min. W pierwszej chwili po tym jak mnie stewardessa obudziła myślałem, że mamy przymusowe międzylądowanie. Na szczęście, po przyziemieniu usłyszałem: "Dear passengers, welcome to Syracuse" i wszystkie wątpliwości się rozwiały.

   Rodzina powitała mnie na lotnisku bardzo serdecznie. Mieszkam u rodziny Bombów Są to Christopher, Lori, Chris Jr. i Meghan. Z Syracuse, gdzie lądowałem, do Unadilli, gdzie mieszkam, jest ok. 1,5h jazdy samochodem. Nie ukrywam, zmęczony byłem niemiłosiernie. Jeszcze poszliśmy na kolację. Potem, już najedzony, nadawałem się tylko do snu.

   Muszę powiedzieć, że ludzie w Ameryce prowadzą bardzo aktywny tryb życia. Ciągle się coś dzieje. Wszyscy są tu bardzo zaangażowani w różnego rodzaju akcje charytatywne, pomoc dzieciom, pomoc w treningach drużyn szkolnych. Już pierwszego dnia po moim przyjeździe poszliśmy obejrzeć mecz piłki nożnej. W ten sposób stałem się członkiem drużyny: Unatego High School Soccer Team.

   Szkoła jest po prostu inna. Bałem się pierwszego dnia w szkole, ale jak się później okazało nie było czego się bać. W tym roku biorę następujące przedmioty: AP Physics, Calculus, English 12, US History 11, PiG\Economics (PiG - Participation in Government), French 1, no i Physical Education. Poza tym codziennie po szkole mam 2h treningu piłki nożnej. Sezon w pełni, więc bywa że w tygodniu gramy po 3 mecze. Śmieszne mają tu przerwy. Tylko po 3 min. Wystarczająco by pójść do szafki po książki i znów na zajęcia.

   Mój host brat - Chris, chodzi na treningi football'u amerykańskiego. Na razie nie idzie jego drużynie zbyt dobrze. Tydzień temu przegrali 28:6 natomiast w zeszłą sobotę 22:0. W sumie to idzie im tragicznie. A ja z całą host rodziną chodzimy zwyczajowo na mecze. I to nie tylko jego mecze. Na moje jak mogą to też przychodzą. Tylko że te moje są w tygodniu. A te Chrisa w weekendy lub w piątki wieczorem, wiec wtedy raczej wszyscy mają czas by iść na mecz.

   W ostatnią niedzielę w sensie przedwczoraj pomagaliśmy z Chrisem w przygotowaniu śniadania w kościele dla szkółki niedzielnej, tzw. Pancake Breakfast. Robiliśmy naleśniki i jajecznicę. Fajnie było.

   W przyszły weekend spotkanie z innymi wymieńcami! Nie mogę się doczekać.





Spotkanie orientacyjne Dystryktu 7170.....                    [2008.10.22]

    W dniach od 19 do 21 września miało miejsce spotkanie orientacyjne z innymi wymieńcami dystryktu 7170. Było świetnie. Jesteśmy dosyć daleko od każdego, przez co niektórych zobaczę dopiero przy następnym zaplanowanym spotkaniu (czyli już w następny czwartek, ale o tym za chwilę).
Nasz meeting miał miejsce w mieście Oneonta, od którego mieszkam na szczęście całkiem niedaleko, bo tylko 10 mil. W gruncie rzeczy trochę było mi szkoda wymieńców, którzy jechali po 2-3h.    

Pierwszego dnia spotkałem się z Mr. Mike'iem Wilcox'em. To on jest odpowiedzialny za organizację wycieczki autokarowej po stanach, i wycieczek wymieńców z dystryktu w czasie roku szkolnego. Przejechał po mnie, ponieważ miał po drodze. Razem z nim jechała dziewczyna z Boliwii. Eljana. Zabrał nas do restauracji, w która posiada największego grila w stanach. Po obiedzie udaliśmy się do szkoły, gdzie miało miejsce spotkanie z innymi wymieńcami i podział do host rodzin, które opiekowały się nami przez tamten weekend. Jakie było moje zdziwienie, gdy gdzieś za plecami z tłumu usłyszałem: "Polska?!". Okazało się, że nie jestem jedynym Polakiem w dystrykcie, jak wcześniej myślałem. Drugą osobą jest Baśka Adamczak, która tak jak i ja również jest z Wrocławia! Świat jest mały.

       Następnego dnia, w piątek, dostaliśmy przydział do szkół, i na każdej lekcji opowiadaliśmy jak to jest być wymieńcem, z czym są trudności, i że naprawdę warto! Podobało mi się to, aczkolwiek po 7 przemówieniu, które trwało 30min, i po tych samych pytaniach można dostać lekkiego szału.    

Tego samego dnia mieliśmy jako wymieńcy, wieczór dla siebie, dyskotekę. Bardzo miło wspominam tamten weekend. Następnego dnia były wykłady, mniej więcej takie jak mieliśmy w Wielonku. Po tym, wszyscy rozjechaliśmy się do swoich rodzin.


    Od tamtego czasu wiele się wydarzyło w szkole. Jakoś tak przywykłem do codziennych tych samych lekcji. Niektórzy uważają mnie za samobójcę. Pytają: "Jak można było wziąć najtrudniejsze przedmioty w szkole?!" E tam, mnie się podoba. Przynajmniej się czegoś nauczę:) Jedynym minusem takiego rozwiązania jest dosyć mało czasu wolnego. Treningi piłki nożnej trwały do ostatniej środy, potem było odrabianie lekcji, kolacja, pogaduchy z rodziną, odrabianie lekcji i spanie. Teraz jest luźniej, treningi się skończyły. Choć zastanawiam się nad wrestlingiem. Wszyscy mnie do tego namawiają. Myślę, że spróbuję.

    W przyszły czwartek będziemy mieli Rotary Foundation Dinner. Strasznie wystawna kolacja. Ponoć ma być prezydent Rotary International, cóż nie mogę się doczekać, żeby sobie zrobić z nim zdjęcie:) Na pewno, podeślę!

    Akurat zaczyna się okres, gdy coś ciekawego się będzie działo, coś związanego z wymieńcami:) No najpierw tak kolacja, a tydzień później wycieczka do New York City! Nie mogę się doczekać.

    Jedną z moich pasji jest fotografia. Gdy wydawca szkolnego Yearbook'a zobaczył moje zdjęcia, od razy zostałem przyjęty na pokład. Robię dużo zdjęć z życia szkolnego, jeśli ktoś ma ochotę je obejrzeć są pod tym adresem w datach od 2008.08.31 do dziś, czyli od czasu gdy jestem na wymianie. www.picasaweb.google.com/cieslak.maciek

       Moja host rodzina jest bardzo zaangażowana w Boy Scout's czyli po prostu w harcerstwo. Mój Host Tatuś jest harcmistrzem na nasze, Mamusia nie mam pojęcia szczerze mówiąc, ale też coś w ten deseń:) 1.5 tygodnia temu wybrałem się z nimi w góry pochodzić. Było świetnie, widoki piękne, to był ostatni weekend gdy jeszcze liście były na drzewach a i były TAAAKIE kolorowe. Po prostu bajka.
Brazylia
Soboń Mariola
2008-08-11
Miasto...............: Toledo
 Klub wysyłajacy.: RC Kraków Wanda
 Klub przymujący: Rotary Club Lago
 Okres pobytu....: lipiec 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: sobonmariola@wp.pl
O sobie...

   Nazywam się Mariola Soboń, pochodzę z Polski, mieszkam teraz w Brazylii w mieście Toledo. Mam 18 lat, bardzo chciałam wyjechać na roczną wymianę do Brazylii ,bo zawsze marzyłam o podróżach , poznawaniu nowych i ciekawych miejsc , a także znajomość portugalskiego chcę wykorzystać na studiach.

Przygody w podróży ...          [2008.08.11]

   Jeśli chodzi o przygody podczas podróży było ich kilka, np. w Balicach w Krakowie powiedziano mi i Szymkowi , który leciał ze mną, że nie ma już dla nas biletu i jest to możliwe, że w Niemczech będziemy musieli przespać noc i dopiero na drugi dzień byśmy polecieli. Powiedzieli nam tak pomimo, że wcześniej zarezerwowaliśmy bilety. Na szczęście w Niemczech okazało się, że zazwyczaj się tak nie dzieje, że ktoś po zarezerwowaniu biletów wcześniej nie mógłby lecieć. Po prostu narobili nam ogromnego stracha.
   Kolejna przygoda na lotnisku w Sau Poulo. Czekaliśmy 20 godz. bo lot był opóżniony, więc na wszelki wypadek moi drodzy weźcie sobie książkę do czytania. Warto wziąć ksiazki , słowniki do nauki portugalskiego , słownik angielski.
   Patrząc z perspektywy uważam, że lepiej jest także zapytać rodzinę, która Was przyimuje, co by chciała dostać , bo pamiętajcie ze nie zawsze uda Wam się trafić w ich gusta.



Jestem bardzo szczęśliwym wymieńcem...                   [2008.10.10]

   Jestem bardzo szczęśliwym wymiencem , hihi, rodzinkę mam naprawdę bardzo sympatyczną. Mam tu w Brazylii siostrzyczkę, ma 15 lat Anna Barbara i brata Andre, ma 19 lat (Andre studiuje w innym mieście Cruritiba).Ja mieszkam w Toledo - to niewielkie miasto- dla Brazylijczyków ale dla mnie wystarczająco duże , hihi (ma 20000 mieszkańców). Bardzo jestem zadowolona , że mieszkam tu , a nie gdzie indziej , bo to miasto jest nie tak ogromne , żebym miała do wszystkiego bardzo daleko , do szkoły ,kościoła, do znajomych.

   Nie mam tu w ogóle czasu na nic , nawet nie miałam w tym miesiącu zbytnio czasu, żeby się samej uczyć języka. Nie miałam czasu , ponieważ mam bardzo jak zwykle napięty plan zajęć. Zaczęłam tu tańczyć - ja i taniec? , hihi -no ale czemu nie !!! 2 razy w tygodniu tenis , basen aż 5 razy - o jaka jestem zadowolona z tego, że mam tak bliziutko tu basen. Też tu nie mogę się oprzeć żadną miarą pysznościom, które robi mi dla mnie bardzo często moja host mama , wiec zaczęłam w tym tygodniu też siłownię hihihi.

   Angielskiego już nie używam w ogóle , wręcz zapomniałam, ja nie wiem co to będzie jak wrócę do Polski , bo dzisiaj nawet zapomniałam po polsku słowa -SOK !!!!!!!!!!!!!!!!!!!

   Specjalnie dla osób , które planują wymianę w przyszłym roku do Brazylii.

    Moi drodzy różnice tu między szkołami i sposobami nauczania są ogromne. Oto przykłady : TU uczniowie rozmawiają z nauczycielem mając nogi na ławce , mogą tu mieć nawet lizaka w buzi !, przychodzą i wychodzą z lekcji kiedy chcą ! Tutaj oni nie wiedza co to jest kartkówka , oni nigdy nie są proszeni do odpowiedzi ! Też nigdy nie idą do tablicy , żeby rozwiązać zadanie - wszystko robi za nich nauczyciel. A o czym zapomniałam : jak nauczyciel wchodzi do klasy to nikt nie mówi mu dzień dobry a o wstawianiu nie ma nawet mowy ! Czasami gwiżdżą lub krzyczą wręcz na lekcji ! Śpią na lekcji , ale to już zależy wszystko od nauczyciela , ja mam takiego od fizyki co pozwala- nic nie mówi jak uczniowie śpią , hihihi. Jedzenia ? codziennie fasola i ryż - podstawowe dania jak u nas np. zupa czy ziemniaki ... ludzie jedzą tu ogromnie dużo mięsa. Ludzie są tu bardzo życzliwi , z reguły także bardzo pomocni , starają się tu korzystać z życia poprzez różne- fiesty - imprezy , bale.

    Byłam ostatnio w Falls de Iguaçu - na spotkaniu ze wszystkimi wymieńcami , było fantastycznie , spotkałam się tam z Szymkiem Kowalikiem - niestety nie powiodła się rozmowa w języku polskim ,dlatego zaczęliśmy mówić po portugalsku , dogadując się lepiej niż wcześniej po polsku, hihi. Na tym spotkaniu Niemiec z Niemcem rozmawiał po niemiecku , a Polak z Polka po portugalsku.



Moja nowa rodzina...                   [2008.11.25]

    Długo zwlekałam z napisaniem kolejnego listu , ale niestety ostatnio moja rodzina miała zepsuty komputer.

    Nie pamietam czy juz wspominalam, o tym, że zmieniłam 28 października dom , mieszkam teraz już u drugiej rodziny .Czuje się w tu bardzo dobrze , nie jak osoba obca . Traktują mnie jak córkę. Jestem u nich zaledwie miesiąc , a już zabrali mnie do Kuritiby i Maringá. Kuritibie spędziłam tydzień , ale to i tak mało żeby zobaczyć wszystkie cudowne zakątki tego miasta ,dlatego obiecałam sobie , ze musze wrócić tam jeszcze raz. Widziałam około trzy parki , a jest ich około 7 albo więcej!

   W Kurtibie spotkałam Jessike i Gilmara ,Brazylijczyków , którzy mieszkali przez rok w Polsce, rozmawiałam z nimi po polsku , mówią po prostu znakomicie !!!! Jestem z nich bardzo dumna! Mam nadzieje, że i ja będę też mówić w języku portugalskim tak dobrze, jak oni mówią po polsku. Wspominali oni Polskę bardzo dobrze , także tęsknią i pozdrawiają!

    Maringá to także bardzo piękne miasto , ludzie tam bardzo dbają o wygląda tego miejsca , znajduje się tam mnóstwo kwiatów i drzew.

   A jak w Polsce ? Już pada śnieg ? Jak przygotowania do świąt ?

   U mnie bardzo ciepło. Codziennie bardzo słonecznie. Te święta będą zupełnie inne dla mnie... ale na tym polega wymiana , która pomaga zaznać różnicę...



Wieczór Wigilijny...                   [2008.12.17]

            Chciałabym opowiedzieć bardzo wzruszające i ważne dla mnie zdarzenie !

        8.12 Nallely - MEKSYKANKA i JANNA - dziewczyna z Niemiec i ja zrobiłyśmy sobie wieczór Wigilijny !!!!
Było cudownie, miałyśmy stół nakryty pięknym obrusem ,a na nim zapalone świece i jedzonko !!! Miałyśmy naleśniki z nutella i bananem !!! Także Janna upiekła ciasto , nie było czasu żeby przyrządzić cos bardziej wigilijnego, bo zdecydowałyśmy się ze zorganizujemy taka Noc Wigilijna w tym samym dniu co zrobiłyśmy ! Prezenty dla siebie nawzajem tez kupiłyśmy tego samego dnia!!! Zrobiłyśmy to tak na szybko , bo Janna miała podróżować z rodzina i dopiero jej powrót jest planowany po Świętach!

        Rozmawiałyśmy wtedy do 5.00 nad ranem i kiedy już poczułyśmy zmęczenie zdecydowałyśmy się ze w końcu otworzymy nasze prezenty ! Ja dostałam od dziewczyn tenis z flaga Brazylii ! SA PO PROSTU PIEKNE ! Nallely dostała od nas dwa śliczne łańcuszki i pierścionek . Janna malusieńki album z naszymi wspólnymi zdjęciami i tez kolczyki .

        Zapomniałam wspomnieć , ze wtedy wzięłam dla nas trzy kromki chleba i nauczyłam dziewczyn jak to w Polsce ludzie się łamią opłatkiem i jak sobie życzą wszystkiego co najlepsze i najpiękniejsze !
        AH! Płakałyśmy ze wzruszenia ... Mnie najbardziej wzruszyło to kiedy Janna życzyła mi aby mój tata powrócił szybko do zdrowia ..

.         Rozmawiałyśmy w tej nocy wiele o naszych rodzinach , o naszych tęsknotach za tymi , których tak bardzo kochamy !!!       
  To była cudowna noc spędzona z moimi przyjaciółkami z wymiany!

        Chciałabym życzyć z głębi serca szczęśliwych , wesołych i spokojnych Świat Bożego Narodzenia !


Brazylia
Karlovskaya Elena
2008-08-11
Miasto...............: Ponta Grossa
 Klub wysyłający.: RC Lublin Centrum
 Klub przyjmujący: RC Jardim America, Ponta Grossa District 4730
 Okres pobytu....: 18.07.2008 - 29.05.2009
 Kontakt.............: lenaanel@wp.pl
O sobie...

    Nazywam sie Elena Karlovskaya Chodzę do liceum im.Ignacego Jana Paderewskiego do klasy z międzynarodową maturą- IB. Mam lat 17, interesuję się głównie sportem i językami obcymi.

   Tak naprawdę chciałam wyjechać na wymianę aby zapomnieć na chwilę o Polsce i żyć przez chwilę w innej kulturze, poznać coś zupełnie mi obcego i poznać ludzi, z którymi warto utrzymać kontakt.

   Jestem już w Brazylii 3 tygodnie i jestem niezmiernie szczęśliwa, że wybrałam ten kraj na wymianę. Mam wspaniałą rodzinę, jedna siostra wyjechała w zeszłym tygodniu do Sao Paulo na studia, a druga siostra wyjeżdża w przyszłym tygodniu do USA na wymianę. Bardzo żałuję że opuszcza dom, iż bardzo się zaprzyjaźniłyśmy przez ten krótki czas. Dwa dni po moim przyjeździe rodzina zorganizowała dla mnie barbecue i zaprosiła moje przyszłe rodziny, w których będę mieszkać i znajomych.
   Podczas wizyty w goszczącym Klubie Rotary zostałam bardzo sympatycznie przyjęta. Niestety większość Brazylijczyków nie umie i raczej nie lubi mówić w języku angielskim więc muszę szybko się nauczyć portugalskiego! Wczoraj przyjechał Niemiec, który będzie ze mną w szkole, jutro jadę go poznać i nie mogę się doczekać.

   Teraz muszę lecieć do mojej siostry iż szykujemy sie na feste!



Pierwsze dwa miesiące......                   [2008.09.23]

   Mam super rodzinę, którą niestety muszę zmienić za miesiąc, ale to tylko dla mojego dobra. Portugalski już mi nie sprawia takich koszmarnych trudności jak na początku i zaczynam dogadywać się z ludźmi w ich języku, w końcu! Po pierwszym tygodniu tutaj myślałam, że jest to niemożliwe a jednak.

Dwa miesiące zleciały jak dwa dni, jak sobie pomyślę ile się już wydarzyło, to aż nie chce mi się wierzyć. Ludzie są tutaj zupełnie inni niż w Polsce, ale w pozytywnym znaczeniu. Nie mam oczywiście na myśli tego, że nie lubię Polaków, ale w Brazylii wszyscy są bardzo optymistycznie nastawieni do świata.

   Chociaż w szkole czasami jest trudno wysiedzieć na lekcjach, kiedy wszyscy wrzeszczą a nauczyciel próbuje uciszyć klasę, bezskutecznie, to warto wstawać o 6.20 tylko po to, żeby się spotkać z ludźmi. Mam tylko 6 lekcji dziennie, wieę nie jest tak źle.

   Kocham spotkania w Kurytybie z wymieńcami! Mieliśmy już też spotkanie z ludźmi, którzy wrócili z wymiany i rozmawiałam z Brazylijką po polsku! Spotkałam już tyle niesamowitych ludzi, że nawet jeżeli teraz miałoby być gorzej, to nie żałuję tej wymiany.







Dwa wesela, Święta... najlepsze w moim życiu! ........                   [2008.12.27]

   Hmm.. od czego tu zacząć? może od tego ze jak rozmawiam z rodzicami to język mi się plącze i czasami myślę nad jednym słowem dłuższą chwile, a to wszystko za sprawa portugalskiego. Czasami się zastanawiam nad słowem czy jest to w portugalskim czy w polskim, niestety mój angielski tez zaczął się pogarszać, chociaż po kilku dniach z wymiencami z ameryki się polepsza:) No i w końcu mam wakacje

Już 5 miesięcy za oceanem.

   Czas mija szybko, aż za szybko, czasami wracam myślami w przeszłość i wspominam, sama nie wierze w ilu miejscach już byłam i ile wspaniałych ludzi poznałam.

   Rodzice zabrali mnie na ślub do Florianopolis, przepięknego miasta położonego na wybrzeżu. Nie zapomnę tego wesela a raczej wesel do końca życia. Pojechaliśmy do kościoła jednym samochodem ze znajomymi. Wszystko było pięknie ślicznie dopóki nie przyszedł czas na wyjście z kościoła i dotarcie na wesele. Nikt z obecnych w samochodzie nie wiedział dokładnie gdzie jest wesele, wiec mój host tata stwierdził ze pojedziemy za jednym z samochodów które stały pod kościołem. Dotarliśmy na parking, parkingowy zapytał czy jedziemy na wesele, to my ze Tak z szerokim uśmiechem. Z parkingu jeździły busy wożąc gości do tajemniczego miejsca gdzie odbywało się wesele. Grzecznie czekaliśmy w kolejce trochę zdziwieni ilością ludzi, w kościele było ich o wiele mniej! W końcu dotarliśmy, do raju! Było ogrom ludzi kilka sal, wszystko w kwiatach ozdobach i sama nie wiem czym, przystojni kelnerzy roznoszący ostrygi, szampan i inne pyszności. Trochę nas zatkało jak zobaczyliśmy to wszystko, a ja oczywiście już za aparat i zrobiłam sobie zdjęcie z ogromnym tortem ( o mało nie spłonęłam od świeczek stojących Kolo tortu). Nie znaleźliśmy naszych znajomych i ledwo znaleźliśmy miejsca przy stole, dosiedliśmy się do jednego z małżeństw. Mój tata jako król rozmów zaczął konwersacje z owym małżeństwem, wszystko szło dobrze aż do momentu w którym tata wspomniał o pewnym kuzynie który zmarł pół roku temu. Ich twarze zamarły, byli zaskoczeni ze ten kuzyn już nie żyje. Po krótkiej chwili moja mama zorientowała się ze imię narzeczonej się nie zgadza i jednocześnie wpadła w paniczny śmiech! Zaczęła po prostu rychotac i płakać.

   No i wszystko było jasne, nie to wesele! Nasza znajoma oczywiście po cichemu zaczęła się sprzeczać ze to niemożliwe i ona widziała młodą parę na zdjęciach rozwieszonych po ścianach. Tak wiec wybyliśmy na przechadzkę 'podziwiać ozdoby', która miała na celu zweryfikować twarz pannej młodej. Oczywiście to nie była ona, choć bardzo podobna Wróciliśmy do stołu, małżeństwu towarzyszącemu nam przy stole nic nie powiedzieliśmy, tylko tyle ze mamy jeszcze jedno wesele tej nocy i już musimy zmykać. Dopiliśmy grzecznie przepyszny szampan i skosztowaliśmy jeszcze raz przekąski i wybyliśmy w drogę do wyjścia. W tym samym momencie orkiestra rozbrzmiała, włączono światła a kamerzyści zwrócili się w jedno miejsce, wchodziła para młoda. To było przepiękne wejście i MY. Twarze kelnerów były trochę zdziwione kiedy próbowaliśmy się przepchać do wejścia pomiędzy kamerzystami i wysokimi ozdobami z kwiatów.

   W samochodzie tylko śmialiśmy się, pamiętam ze moje mięsnie na twarzy bolały od dawki radości której dostarczyła ta cala sytuacja. Jakimś sposobem dotarliśmy na właściwe wesele, które było skromne i wszyscy już jedli kiedy weszliśmy. Pod koniec bardzo żałowałam, ze nie zostaliśmy na tym pierwszym.


Święta... najlepsze w moim życiu!

   W Polsce obchodzi się święta w rodzinnym gronie, śpiewając kolędy i jedząc karpia,. W mojej prawdziwej rodzinie obchodzimy święta według tradycji, natomiast tak naprawdę nikt z nas nie czuje tej magii, a to za sprawa tego iż jesteśmy wyznania prawosławnego i w naszej religii odbywają się one zawsze z kilku dniowym przesunięciem w kalendarzu. Także moja rodzina jest mała, nie mam żadnych wujków ani ciotek, moja jedyna babcia mieszka w Rosji a dziadek na Ukrainie, wiec dla mnie święta zawsze były kolejna kolacja spędzoną wspólnie przy stole, aż do tego Bożego Narodzenia.

   Jestem już ponad 5 miesięcy w pierwszej rodzinie, ale na święta pojechałam z moja druga rodzina na 2 dni do innego miasta na Boże Narodzenie. Przeżyłam najpiękniejsze święta w moim życiu. Rodzina mojego przyszłego taty jest ogromna, było ponad 40 osób! Wszyscy przesympatyczni, żartowali na okrągło, a ciotka jak usłyszała, ze jestem z Polski pochwaliła się znajomością jednego słowa po polsku, cytuje -„dupa”. Myślała oczywiście ze to słowo jakoś się łączy ze świętami, ale szybko jej wytłumaczyłam ze nie.

    Brak mi słow. żeby opisać atmosferę towarzysząca nam przez cały wieczór, kolacja zakończyła się o 2 w nocy, potem poszłam z moimi dwoma siostrami i mnóstwem kuzynów na imprezę, tak, w Brazylii po uroczystej kolacji w Boże Narodzenie idzie się na imprezę:) , bawiliśmy się do ósmej nad ranem, następnego dnia, a raczej tego samego cala rodzina znowu się żebrała aby jeść, pić i tańczyć do upadłego. Te święta na zawsze pozostaną w moim sercu i nigdy ich nie zapomnę.

ONE YEAR TRIP!!!

   Nie wiem jak dziękować rodzicom za ta możliwość! Już 6 lutego wybywam w podroż mojego życia! 30 dni zwiedzania najpiękniejszych miejsc w Brazylii, podróżując dwoma autokarami przepełnionymi wymiencami z rożnych zakątków świata. Nawet teraz nie wierze, ze już za 10 dni mój sen się spełni, najbardziej czekam na plaże Copacabana i pomnik Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro. Już teraz mnie przechodzą ciarki na sama myśl o tym gdzie będę.

   Jutro jadę z rodzina na 10 na plażę do Camboriu, spędzę tam Nowy Rok.

   Dzien. po dniu czuje jak wymiana zmienia moje życie.. na lepsze.

A! No i zobaczyłam spadającą gwiazdę!



Miesiąc, którego nigdy nie zapomnę- Nordeste 2009 ........                   [2009.02.02]

    Nie wiedziałam nawet czy powinnam opisywacz moja wycieczkę Northeast, gdyż juz zaczynając wiedziałam, ze nie ujmę tego wszystkiego w słowa bo się nie da.

    Żegnając się w autokarze ciężko było znaleźć osobę, która nie płakała. Cześć autokaru wysiadła juz w Sao Paulo a druga część jechała dalej do Kurytyby, nie pozwolono nam wysiąść żeby się pożegnać, wiec ściskaliśmy Się w wąskim przejściu autokaru rycząc przy tym jak dzieci. Żeby było mało, opiekunowie włączyli nasza ulubione piosenkę, co tylko sprzyjało nam ochotę na łzy.

    Zobaczyliśmy Brasilie, Lençois, Salvador, Recife, Porto de galinhas, Fortaleze, Jericoacoara, Natal, Itacaré, Porto Seguroi długo oczekiwane Rio de Janeiro.

    W Jericoacoara poszczęściło mi się, gdyż spotkałam grupę Polaków! I to nie byle jakich, spotkałam cala grupę ludzi z tvn-u, robili tam projekt o gotowaniu dla telewizji i radia, no i mam zdjęcie z Edyta Herbus.

    Cały autokar wymienców odegrał ogromna role w całej wycieczce, z pewnoscia gdybym zwiedzała to wszystko sama nie byłabym tak zachwycona tym miesiącem. Teraz mogę powiedzieć szczerze, ze Brazylia jest cudownym krajem z najpiękniejszymi plażami i zabytkami. Zostały mi tylko jakieś 3,5 miesiące w tym wspaniałym miejscu.

    Powrót do rzeczywistości..

    Szkoła sie juz zaczęła od 9-go lutego, ale póki co nie chodzę gdyż staram się dostać na uniwersytet i jutro zmieniam rodzinę, wiec mój pokój obecnie wygląda jakby huragan przez niego przeszedł. Wszystkie moje rzeczy są w praniu po wycieczce a ja juz zawaliłam walizkę innymi ciuchami.. Hmmm moje ubrania się mnożą i rzeczy tez!

    Jednak dobrze wrócić do domu, ostatni miesiąc był cudowny, ale pakowanie co 2-3 dni walizki juz mnie zmęczyło, no i stęskniłam się za moja host rodziną.
.KOMUNIKATY
Wymieńcy 2008/2009
2008-08-22



W tej zakładce możecie umieszczać komunikaty, apele i ogłoszenia skierowane do wymieńców ze swojego miasta, dystryktu lub kraju.
Zgłaszajcie problemy z otwarciem tej strony !!!

_______________________________________________

1. Apel Dominiki Sieczkowskiej z Puerto Escondido - Meksyk Dystrykt 4200

PROSZE WSZYSTKICH Z DYSTRYKTU 4200 O KONTAKT ZE MNĄ BO JUŻ WE WRZEŚNIU MAMY SPOTKANIE W CHETUMAL I JAKOś TRZEBA SIĘ ZORGANIZOWAĆ.

Kontakt: capucharita.roja@hotmail.com ,doma14_14@tlen.pl

_______________________________________________
Brazylia
Kowalik Szymon
2008-08-07
Miasto...............: Cascavel, Paraná
 Klub wysyłający.: RC Wanda Kraków
 Klub przyjmujący: RC Cascavel Uniao
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: szymon_kowalik@interia.eu
O sobie...

    Nazywam się Szymon Kowalik.
Moja szkoła: liceum ogólnokształcące (Kraków-Piekary).
Klasa: ukończyłem pierwszą klasę – profil matematyczno–geograficzny.
Wiek: 17 lat

Moje zainteresowania: sport (pływanie, piłka nożna, jazda na nartach i desce), muzyka (rock, pop, techno, muzyka klubowa), motoryzacja, podróże, nowości techniczne – sprzęt elektroniczny.
Wymiana: chcę poznać język portugalski, zwiedzić Brazylię, nawiązać nowe znajomości oraz poznać kulturę ludzi zamieszkujących Brazylię...


Podróż, moja host rodzina, szkoła...

Podróż: przebiegała sprawnie i przyjemnie oprócz oczekiwania na samolot do Iguassu Falls w Sao Paulo (jakieś 24 godziny...)
Host rodzina:przywitała mnie bardzo życzliwie i gorąco; bardzo szybko się w niej zaaklimatyzowałem; mam swój własny pokój; mieszkam w domu znajdującym się 10 minut od centrum i 20 minut od szkoły...
Pierwsza wizyta w klubie przyjmującym: przywitano mnie bardzo gorąco; jestem pierwszym wymieńcem, który pojawił sie w Cascavel podczas programu 2008-2009 . i pierwszym Polakiem – wymieńcem w tym klubie.
Szkoła: po tygodniowym wypoczynku rozpocząłem szkołę; jest bardzo przyjemnie, ciekawie i śmiesznie; rówieśnicy są przyjaźni i mili – mam już dosyć dużą grupę kolegów...



Meeting w Foz do Iguaco...                   [2008.08.20]

   W dniach 25, 26, 27, 28 września wszyscy wymieńcy z mojego dystryktu 4640 mieli spotkanie orientacyjne w Foz do Iguaçu. Wszyscy wiedzą, że jest to szczególne miejsce w Paranié zwiazane z pięknymi wodospadami...

   I tak pierwszego dnia mieliśmy kolację i wstępne zapoznawanie się, drugiego dnia zwiedzanie parku, wodospadów, trzeciego wizytę w Itaipu - jedenej z największych elektrowni wodnych na świecie i wieczorem kolację...była to szczególna kolacja, gdyż wszyscy wymieńcy mieli marynarki z pinsami i wyglądaliśmy świetnie...
   W czwartym dniu musieliśmy się niestety rozjechać do swoich miast. Mam nadzieję, że się spotkamy jeszcze nie raz!!!



Meksyk
Matejko Dominika
2008-08-22
Miasto...............: San Luis Potosi
 Klub wysyłający.: RC Kraków Wanda
 Klub przyjmujący: RC Lomas , San Luis Potosi
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: domamatejko@autograf.pl
O sobie...

    Nazywam się Dominika Matejko i niedawno skończyłam 18 lat, co mnie ogromnie cieszy, bo nie musiałam załatwiać dodatkowych papierów na lotnisku. Chodzę do VI LO w Krakowie (jest to liceum językowe), gdzie mam poszerzony język angielski, historię oraz wos.

    Moją miłością jest muzyka, dziennikarstwo i Frida Kahlo. To właśnie jej prace spowodowały, że tak zachwyciłam się kulturą Meksyku. Jestem pewna, że już za 48 godzin rozpocznę swoją największą przygodę życia. Wiem, że Meksyk stanie się częścią mnie i częścią mojego dalszego życia (jak napisała moja hostmadre).

    Oczekuje, że w czasie tego roku nauczę się świetnie mówić po hiszpańsku, poznam ludzi z całego świata, usamodzielnię się. Postaram się również zarazić wszystkich, których spotkam moją miłością do Krakowa i muzyki.



Powoli Meksyk staje się moim domem...                   [2008.09.25]

   Powoli Meksyk staje się moim domem i drugim (zaraz po Krakowie) moim miejscem na ziemi. Zawdzięczam to przede wszystkim host rodzicom, którzy traktują mnie jak swoją córkę. Spędzam z nimi sporo czasu, a z hostmamą bardzo dużo rozmawiam i plotkuję - po hiszpańsku oczywiście!

   Byłam na jednym spotkaniu tutejszego mojego Klubu Rotary, niestety zdążyłam tylko podziękować za to, że mnie przyjęli, bo później kazali mi usiąść i jeść. Trochę się wynudziłam, bo to był pierwszy tydzień i jak dla mnie, to rozmawiali o pompie wodnej. W tamtą sobotę zostałam zaproszona przez członków klubu do ich domu w górach Sierra. Za dużo to nie zobaczyłam, bo była taka mgła, że nic nie było widać na odległość ręki, ale i tak było fajnie.

   Bardzo się zżyłam zarówno z innymi wymieńcami, z którymi spotykam się jak tylko znajdę chwilę czasu, jak i z ludźmi ze szkoły. Są naprawdę świetni, pomagają mi jak tylko mogą!! Nauczyciele zresztą też. Wczoraj miałam coś takiego, jak nasza biologia i mówiliśmy o kościach. W pewnym momencie profesor, pokazując dłoń spytał się mnie, jak to się nazywa, bo jest pewny, że ja wiem. Powiedziałam, że owszem ale po polsku, on na to żebym i tak powiedziała, no to ja (usiłując przypomnieć sobie polski) powiedziałam śródręcze (??!!) na co profesor - exactamente! (dokładnie!!.)

    Przez 2 tyg. miałam egzaminy i metodą enedue zdałam połowę z nich! Od tego tygodnia chodzę do szkołymuzycznej. Wygląda na to, że spędzę tam pół wymiany, bo mam 11h tygodniowo. Ale bardzo się cieszę, że mogę tam chodzić, bo jest naprawdę świetnie!!


Minęły prawie 3 miesiące w Meksyku!...                   [2008.11.20]

    Nawet nie wiem, kiedy minęły prawie 3 miesiące w Meksyku!!I o ile na początku wszystko było nowe, teraz czuje się tu zupełnie normalnie. Tak jak wcześniej napisałam - jak w domu!!!

    Myślę, ze połowę mojej wymiany przesiedzę w szkole muzycznej heheh. Za tydzień mamy mieć występ wiec trzymajcie kciuki!!

    I tak jak wszyscy mówią, że po 3 miesiącach wszystko dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo przychodzi taki czas, że mówisz w danym języku - dla mnie to hiszpański- bez myślenia i tłumaczenia wszystkiego w głowie na Polski. Hiszpański stal się dla mnie rzeczą naturalna prawie tak jak powietrze, chociaż wiem ze jeszcze muszeęsię duuuzo nauczyć. >

    W ciągu tych trzech miesięcy znalazłam przyjaciół. Takich do których mogę skoczyć po przysłowiową szklankę cukru.

    Staram się jak najbardziej zaangażować we wszystko co mogę i być jak najbardziej tu i teraz. Bo mam tylko jeszcze parę miesięcy a tyyyle rzeczy do zrobienia!!







Święta. To już 5 miesięcy w Meksyku!...                   [2009.01.22]

    Na poczta ku chciałam przeprosić za mój język polski. Zardzewiał - wiem. Ale nie trudno o zardzewienie jeżeli od 5 miesięcy żyje się w otoczeniu samych Meksykanów. Czasem zaczynam myśleć i śnic po hiszpańsku, dlatego gratuluje sobie pomysłu zabrania kilku książek PO POLSKU.

    Jeżeli chodzi o święta, to jakoś umknął mi fakt ze takowe były. Trzymali mnie do 23.00 o orzeszkach (solonych), a potem jedliśmy wyszukane danie - kto co wyszukał to zjadł. I tańczyliśmy sale do 5 rano. Wszyscy mi mówili ze bardzo dobrze tańczę sale - jak meksykanka. Ja tam nie wiem czy mówili tak, bo tak było czy nie chcieli mi przykrości zrobić. Nakręcili filmik pt. DOMA TAŃCZY SALSĘ (o którym mnie miałam pojęcia) i teraz cala rodzina go ogłada co całkiem mnie zbiło z tropu.

    Na nowy rok powzięłam że coś zrobię i poszłam do domu Juan Bosco. Don Bosco jest to dom w którym uczą się i mieszkają dzieci które nie maja rodziców lub których rodzice nie chcą. I w tym to domu jestem wolontariuszka od 7 stycznia. Nie spodziewanie spadł na moje sflaczałe i niedoświadczone barki wielki ciężar. Mam uczyć i pomagać w lekcjach dwom Jonathanom. Jeden to García, drugi Ernesto. Po pierwsze to nie lubię dzieci a po drugie to nie umiem komuś czegoś tłumaczyć, ale niezbadane są wyroki Boskie!

    I w tym momencie chciałam zaznaczyć ze moim skromnym zdaniem moja matura z matematyki 2009 powinna zostać anulowana bo nie dość ze tutaj tłumacze majce (JA!!!!) to jeszcze po hiszpańsku!

    Poza tym chodzę nadal do szkoły muzycznej i w tym semestrze mam 15 godzin w tygodniu. Jutro zaczynam moje studia Ciencias de la comunicación (dziennikarstwo). Zostało mi 5 miesięcy a mam jeszcze tyle do nauczenia, zobaczenia. Myślę ze będzie interesują


Kanada
Tobjasz Przemysław
2008-08-12
Miasto...............: Dawnson Crick
 Klub wysyłający.: RC Kazimierz Dolny
 Klub przyjmujący: Rotary Club of Dawnson Crick
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: przemektobjasz@o2.pl
O sobie...

    Nazywam sie Przemysław Tobjasz mam 16 lat. Chodzę do LO Nr 1 w Dęblinie, o profilu matematyka-angielski-informatyka. Interesuję się piłką nożną i wędkarstwem. Wolne chwile wykorzystuję maksymalnie przybywając z przyjaciółmi.

   Dlaczego chcę jechać na wymianę? Chcę jechać, ponieważ mogę dużo zobaczyć oraz poznać nowych ludzi, również jest to sprawdzenie swojej osobowości jak i szkoła przetrwania, gdzie jesteśmy zdani w większości tylko na siebie.

Czego spodziewam się po takim pobycie ? Przede wszystkim ustabilizowania swoich myśli co chcę robić i kim chcę być. Na pewno niezapomniana przygoda i niezapomniani ludzie, którzy poświęcali nam dużo czasu.



Powitanie, szkoła, meeting...                  [2008.09.25]

    Więc tak : na początku obawiałem się jak to będzie. Moja siostra, która już była na wymianie, uspakajała mnie mówiąc, że to będzie mój najlepszy rok w życiu! Najbardziej się obawiałem lotu lecz to nie było wcale takie trudne. Gdy doleciałem na miejsce czekała już na mnie moja rodzina z dziećmi, co było dla mnie strasznie miłe ujrzeć całą rodzinę czekająca na wymieńca.. Oczywiście pierwsze, to zabrali mnie na jedzenie, na hamubergera! .. Później zacząłem się rozpakowywać i jakoś zleciał pierwszy dzień. Do czasu przyzwyczaiłem się natychmiastowo więc nie miałem najmniejszego problemu ze wstawaniem czy kładzeniem się spać. W pierwszej rodzinie byłem dwa tygodnie, przyzwyczaiłem się strasznie.

   Rodzina pokazała mi dużo wspaniałych rzeczy, jak Edmoton, pierwsze mecze hokeja na żywo- naprawdę fantastycznie.. Niestety musiałem zmienić rodzinę co nie było łatwe ale jest również nie tak złe. Moja rodzina jest sympatyczna, często chodzimy na koncerty jakiś zespołów czy na ryby nad jezioro. Tutaj nauczyłem się pływać na nartach wodnych.

    Moje spotkania Rotary są co tydzień i na każdym jestem i na każdym mówię jak mi minął tydzień, czy mam jakieś problemy czy nie. Ogólnie ludzie są strasznie mili a rotarianie jak rodzice.

   W końcu przyszedł czas na pierwszy meeting z innymi wymieńcami. Tutaj chyba będzie najwięcej pisania.
   No więc tak: Meeting odbył się w Grande Prairie - godzine i pół jazdy od mojego miasta więc nie jest tragicznie a droga zleciała, bo ciągle rozmawiałem z moim konsulorem co to za meeting, jak jest i co tam będzie się działo. Ogólnie byłem strasznie ciekawy, co tam się dzieje. Na meeting dotarłem pierwszy, chwile po mnie kolega z Meksyk i z Niemiec, a później reszta. Ogólnie pierwszy dzień polegał na zabawie i od pierwszej minuty byliśmy jak rodzina. Drugi dzień meetingu był tak jak by spotkanie i wytłumaczenie wszystkich rzeczy jak trzeba postępować, żeby być najlepszym ambasadorem. Każdy był wsłuchany jak na jakimś kazaniu. Nikt nie gadał, każdy słuchał, żeby nie popełnić później żadnego błędu. Na koniec spotkania pojechaliśmy na wspinaczkę na ścianach. Było strasznie śmiesznie, wszyscy się zżyli jeszcze bardziej i zaczynało się najlepsze: śmiech gadanina, żarty ,wszystko w jednej chwili. Na przedostatni dzień meetingu pojechaliśmy na farmę bizonów do cowboya (również ciekawe i fajnie zobaczyć 1500 bizonów na jednej farmie!)
   Później powrót, kolacja z consulorami a później tańce i zabawy. Na ostatni dzień każdy był smutny i nie chciał wracać do domu, bo to taki okres, gdzie się nie ma dużo przyjaciół, angielski nie jest znakomity i wszystko jest ciężko a między nami było strasznie fajnie. Nikt się nie krępował i w ogóle więc było ciężko. Ostatnie chwile były chwilami płaczu żegnania się i wyduszenia z siebie kilku słów jak było na meetingu. Nie dało się powstrzymać łez a co najlepsze pierwsze spotkanie i już płakać! To co będzie na koniec roku ?
   W końcu wróciliśmy do domów. Każdy od razu siadał na msn jak co i jak. Później zaczyna się najlepszy okres: przyjęcia z kumplami, wyjazdy rodzinne i wszystko co najlepsze.

   A co do szkoły to się cieszę, że do niej chodzę. Mam dużo przyjaciół, każdy się martwi, każdy stara się organizować czas ze mną więc naprawdę jest sympatycznie.


USA
Pawłowski Jan
2008-08-13
Miasto...............: Minneapolis w stanie Minnesota
 Klub wysyłający.: Rotary Club Poznań
 Klub przyjmujący: Rotary Club Crystal - New Hope - Robinsdale
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: liberian.gfk@gmail.com
O sobie...

    Nazywam się Jan Pawłowski, mam 17 lat i uczęszczam do 3 Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu o profilu Matematyczno - Geograficznym.

   Interesuję się głównie geografią, fotografią, gram na pianinie, gitarze i chciałbym się nauczyć na harmonijce (mała, przenośna, a dźwięk niesamowity). Bardzo lubię muzykę, a dokładniej Rock, Jazz, Blues, Chillout. Jestem aktywnie działającym harcerzem, pomagam prowadzić 234 Poznańską Drużynę Harcerską "Tarpany". br>


Moja podróż i host rodzina ...            [2008.08.20]

    Podróż minęła bardzo dobrze, nie licząc tego ze trwała kolo 28 godzin i jestem nadal niewyspany. Leciałem trasą z Berlina do Minnesoty - St. Paul przez Paryż i Atlante. Na początku w Berlinie wszystko poszło szybko i około godziny 9:30 byłem na pokładzie statku. Jedyna rzecz,o którą się wcześniej obawiałem było to, że w Paryżu bedę musiał odebrać swoje bagaże i jeszcze raz przechodzić przez check-in , co było by nie lada wyzwaniem, skoro miałem tylko 2h 30 min na samolot do Atlanty. W Paryżu odprawa także szybko poszła, a potem tylko ciągle chodzenie i szukanie swojego gate, który okazał się prawie na drugim końcu terminalu. I jak wystartowaliśmy od razu poszedłem spać, ponieważ lot trwał 9,5h nie musiałem się o nic martwić. Jedyną niedogodnością był czasowe turbulencje około 1 h przed lądowaniem, jak przelatywaliśmy nad Toronto.
    Po lądowaniu czekałem trochę za odprawą paszportową i innymi tego typu sprawami, ponieważ nie jestem obywatelem USA . Pozostało mi tylko czekać 4 h na następny lot, który jako jedyny został opóźniony z powodu sprawdzania stanu technicznego pewnych urządzeń w samolocie. O godzinie 10 po południu ( w Polsce o 4 w nocy ) usiadłem w samolocie i czekałem na odlot i lądowanie w Minneapolis.

    W Minneapolis powitali mnie oprócz rodziny Johna i Margaret, ich wnuczka z koleżanką oraz 2 innych rotarian : Mac i Mike. Po tym odebrałem walizki i ruszyliśmy do domu. Jeszcze tej nocy John i Margaret oprowadzili mnie po domu, a następnego dnia obejrzałem jedną mapę, która wisi na ścianie. Jest to mapa z zaznaczonymi wszystkimi miejscami wymieńcow, których John i Margaret przyjęli. Z tego co się doliczyłem jest ich ... 29 i ja jestem chyba 30 !!!

    Na razie tyle, ponieważ zaraz jadę z Mac-iem i Johnem do szkoły poustalać przedmioty.



Festiwale, mecze...                   [2008.09.25]

    Nie pisałem, bo miałem ciekawe zajęcia w szkole i po za nią, nie licząc zadania domowego.

    Zacznijmy, że byłem na jednym z Festiwali Renesansowych które cieszą się wielką popularnością. Pojechałem tam z jedną z rotarianek oraz z jej rodziną. Było świetnie, spotkałem "Króla", który trochę zdziwił się, jak wyskoczyłem z kamerą. Po prostu bosko, usłyszałem trochę archaicznego Angielskiego, zobaczyłem trochę jaką amerykanie mają tego wizję.

   Byłem także na grze futbolu amerykańskiego, grali seniorzy ( czyli najstarszy rocznik w liceum, teraz 1990 ) i przegraliśmy 20 do 35, ale miejsce, w którym byłem przeważyło na świetną zabawę. Wszyscy dopingowali, klaskali, wznosili okrzyki, i różne zawołania, że ja sam z siebie się śmiałem gdy była sytuacja, że wszyscy klaskali ( ja też), potem zawołanie, które było trochę trudne do zrozumienia, i znowu klaskanie. Po porostu bosko.

   Innego dnia, chyba 4 czy 5 po przyjeździe pojechałem na Minnesota State Festiwal, ale o tym więcej na blogu.



Halloween, amerykańskie święto...                   [2008.10.29]

    Halloween, amerykańskie święto, głównie chodzi o zabawę, żeby dzieci poprzebierały się w dziwne kostiumy, drążyły dynie, dzwoniły od drzwi do drzwi mówiąc "trick or treat", gdzie zazwyczaj osoba dorosła która otwiera drzwi i widzi dzieci w wieku 6-13 lat daje im garść słodyczy. Co do trochę starszych dzieci, nastolatków, to zależy. Można albo iść na "domówkę" albo nadal zbierać cukierki, chociaż mając ukończone 16 lat mało kto już chodzi na zbieranie słodyczy.

    Zazwyczaj są to imprezy, pod pewnym tematem , np. Zombie Party, albo tak jak moi koledzy, Toga Party ( pomysł super). Mój dystrykt zorganizował imprezę weekend przed Halloween(31.10) ponieważ 1.11 jest obiad charytatywny z aukcją rzeczy które wymieńcy w jakiś sposób podarowali i które pochodzą z ich kraju, lub do niego nawiązują. O tej imprezie mógłbym dużo napisać, postaram się streścić.Chciałbym dodać że co roku coś nowego jest dodawane lub zmieniane, ponieważ ludzie którzy się tym zajmują, dają duży popis swoich umiejętności, a zabawa jest przednia.    

    Na początku pojechaliśmy do parku międzystanowego, między Wisconsin a Minnesota, i zwiedziliśmy go trochę. Mieliśmy zorganizowanego przewodnika, który nam trochę opowiedział o parku, o jego powstaniu i historii (był tutaj największy zator kłód drewna transportowanych rzeką w USA, odbywały się tutaj nawet wycieczki z tego powodu). Później podobieraliśmy się w grupy 3 lub 4 osobowe w których będziemy drążyć dynie, a potem w tych samych grupach spać w pokojach.    

    Drążenie dyni to jedno z fajniejszych zadań, można się nieźle pośmiać, i porzucać pestkami i wnętrzem dyni. Ja na szczęście nie zostałem tym wybrańcem :) Później mogliśmy pograć w football, piłkę nożną i było kilka gier koedukacyjnych. Następnie ruszyliśmy do hotelu, gdzie czekał na nas basen, jacuzzi, obiad, wolna sala gdzie można było pograć w kilka gier karcianych i planszowych.    

   Jednak hitem była dyskoteka z konkursem na najlepsze przebranie i najlepszą wydrążoną dynię. Konkurencja jest duża, bo można było spotkać ob Boba Marleya, po sportowców, sędziów, postacie z bajek, pielęgniarkę, japonkę, a mnie zobaczyć w sutannie przebranego za księdza. Pomysł wypalił i wygrałem nagrodę za najbardziej oryginalny strój, najlepszy strój okazał się być strój sumo, najbardziej odlotowy to strój Boba Marleya i najbardziej wypracowany strój - narzeczona Frankensteina. Oczywiście co do dyni, Polska wygrała.    

    Impreza trwała od 8:30 do 12:30, a później hotel z racji że było nas 54, udostępnił nam salę, żebyśmy nie zakłócali spokoju innym wczasowiczom. Jak na razie, to było jedno z najlepszych spotkań i wątpię czy super park rozrywki z najlepszymi roller-costerami to pobije.


Meksyk
Sieczkowska Dominika
2008-07-31
Miasto...............: Puerto Escondido
 Klub wysyłajacy.: RC Warszawa Józefów
 Klub przymujący: Rotary Club Zicatela Puerto Escondido
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: capucharita.roja@hotmail.com ,doma14_14@tlen.pl
O sobie...

   Nazywam się Dominika Sieczkowska. Wyjeżdżam do Meksyku,do najcudowniejszego miasta na świecie stworzonego chyba specjalnie dla mnie, o wdzięcznej nazwie Puerto Escondido - raju dla surferów i zapewne dla mnie także.
   Kocham muzykę reggae, historię i język hiszpański. Chcę się nauczyć surfować w boskim Puerto Escondido. Poza tym moim skrytym marzeniem jest zostać archeologiem i na takie studia też się wybieram (z rozszerzeniem na Amerykę Południową i Środkową oczywiście).
   Chodzę do liceum hiszpańskojęzycznego w Warszawie, do klasy z rozszerzeniem hiszpańskiego, historii i matematyki. Mam 17 lat, ale w kwietniu będzie więcej xD.
   Jadę na wymianę bo to Meksyk, a nie jakieś tam sobie USA. Chcę się nauczyć super hiszpańskiego, kocham podróżować poznawać wielu nowych ludzi, nowe kultury, a szczególnie podoba mi się perspektywa poznania bliżej cywilizacji prekolumbijskich i oczywiście jadę opalić się,jak chyba każdy!

   Niech piszą do mnie wszyscy, a szczególnie Ci, którzy są na wymianie w Meksyku! Koniecznie!!



Moja podróż i host rodzina ...            [2008.08.20]

    Od razu zastrzegam sobie, że klawiatura jest inna, że jestem pełna emocji i, że piszę nie składnie bo tak to OK. Siedzę teraz przy kompie, w Puerto leje deszcz jak z cebra (czy jakoś tak) i jest ultra ciepło.

    A teraz po kolei.

   Jak doleciałam do Madrytu to się załamałam już kompletnie, bo to jakaś masakra, lotnisko gigantyczne, jedyne 5 terminali te pociągi i w ogóle dobra rada, jak zakładasz, że 3 godziny przed odlotem Ci wystarcza, to WYJDŹ 5 godzin wcześniej, kurczeee. Jak już z hotelu pojechałam na lotnisko (bo nocowałam w Madrycie jedną noc, gdyż następnego dnia miałam lot do Mex) i wysiadłam z tego busa, to zamarłam, co prawda byłam już wcześniej na tym lotnisku, ale jakoś (poprzedniego dnia) łatwiej się było zorganizować. W każdym razie poszłam do informacji i powiedziała mi pani, że no mam stać w tej kolejce (co z tego, że miała długość 500m, ale co stałam dobra. Podchodzę do okienka (dzięki Bogu bez bagażu) i pani mi mówi, że źle, ja nie muszę tu przecież stać, bo mam bilet ten co dostałam drugi w Wa-wie i spoko, że mam iść do gateu i gdzie dobrze. No to ja jak dzika lecę tam, czyli zjeżdżam na dół 3 piętra, potem w pociąg i dalej! Odprawa paszportowa i w ogóle wszystko ,no super. Jestem już przed gatem, 10 minut przed odprawą, a miałam nadzieję, że pochodzę sobie po sklepach. Kupiłam sobie sprita, którego zostawiłam przed wejściem do samolotu i znowu musiałam latać i prosić, żeby mnie wypuścili, bo przecież nie można picia wnosić nie z lotniska. Dobra, poradziłam sobie, miejsce przy oknie, siedziałam z miłą Panią z Salvadoru i trochę sobie pogadałyśmy po hiszpańsku, ale że ja niewiele umiem, to czasem musiałyśmy na migowo, a jakoś to było.
   Wszystko dobrze. Nawet lot minął mi szybko, ale to pewnie dlatego ze zawsze tak jest, jak się czegoś nie chce to mija szybko. Wysiadłam na lotnisku w Mex i dopiero wtedy się załamałam, chyba bym usiadła pod ścianą i zaczęła płakać, gdyby nie ludzie. Tak właśnie, Meksykanie! Lotnisko po prostu cudowne, nie dorównuje co prawda wyglądem Madrid Barajas ale ludzie są wspaniali! Pomagają, chodzą po całym lotnisku parami i pytają się w czym pomoc, wszystko tłumaczą po 10 razy, wspaniali ,bardzo dużo pomocy i ciepli, tacy kochani i naprawdę super. To był chyba największy plus tej podróży! Poradziłam sobie, pytałam się o walizki ale powiedział mi jakiś facet, że przecież będą w Oaxace i, że nie odbieram ich teraz, dla mnie to tylko lepiej, że nie muszę się z nimi szarpać i już. Byłam dwie godziny przed odlotem do Oaxaci i czekałam na swój lot, nie zdążyłam wymienić dolarów na pesos wiec nie mogłam kupić nic do picia, jedzenia miałam strasznie dużoooo! Nic prawie nie jadłam bo dawali ciągle coś w samolocie a poza tym w szoku jakoś nie miałam ochoty jeść. W każdym razie przeleciałam do Oaxaci, po drodze obserwowałam gwiazdy z samolotu, coś niesamowitego! Wysiadam i idę po bagaże, byłam pewna, że ich nie będzie po prostu, taka wielka droga i prawdopodobieństwo, ze się zgubią jest wielkie, rękę bym dała sobie uciąć, że ktoś je zgubi gdzieś! Ale...co prawda jako dwie ostatnie, wjechały na taśmie, były trochę zmasakrowane ,ale wszystko się trzymało jakoś!

       Rodzina już na mnie czekała i to była ich część, potem, pojechałam z host mamą na dworze autobusowy, czekałyśmy 1,5 godziny na bus!! Bo się spóźnił, dla chętnych potem to opisze i potem 12 godzin (tylko 150km od Oaxaci do Puerto Escondido!) chyba przez góry jechałam by dojechać do Puerto, zmarzłam 10 razy i w ogóle super ale ciepło, tu jest są palmy i są fale i jest super i mam w domu 4 iguany, a ja kocham iguany! a w ogóle tu normalnie je ludzie jedzą. Byliśmy coś zjeść i ja jadłam tortille i piłam ryż z cynamonem i czymś tam jeszcze, taki tradycyjny, ale straszliwie paskudne. Kaktusa nie odważyłam się spróbować, może innym razem...

       Moje pierwsze spotkanie z Rotary było spotkaniem dwóch klubów miejscowych ponieważ do naszego miasta przyjechał gubernator dystryktu i było dość uroczyście. Bardzo mili ludzie. Z kolei moje kolejne spotkanie Rotary było uroczystymi urodzinami jednej z członkiń więc też tak nietypowo. Dopiero w piątek myślę, że będę miała to właściwe spotkanie i będę mogła wszystkiego dokładnie się dowiedzieć i opisać.
   Są ze mną w klubie 3 dziewczyny z Tajwanu, Niemiec i Finlandii. Chodzę już do szkoły i na razie to tyle. Resztę postaram się opisać w kolejnej wiadomości i nadeślę zdjęcia następnym razem bo teraz nie wiem gdzie są.

PROSZE WSZYSTKICH Z DYSTRYKTU 4200 O KONTAKT ZE MNA BO JUŻ WE WRZEŚNIU MAMY SPOTKANIE W CHETUMAL I JAKOŚ TRZEBA SIĘ ZORGANIZOWAĆ.

   Besos y abrazos desde Puerto Escondido :*    



Tak trochę o wszystkim...                   [2008.09.09]

    Nie miałam jeszcze normalnego spotkania w Rotary i okazji do wymienienia się proporczykiem, a siedzę tu już miesiąc! Strasznie dziwne. Na pierwszym spotkaniu było bardzo oficjalnie, ponieważ przyjechał gubernator dystryktu i były obydwa kluby z Puerto Escnondido a na drugim były urodziny jednej z członkiń, więc u niej w domu, na trzecim nie byłam, bo moja mama wyjechała na tydzień do Mexico City, na czwartym byłam sama, ale nie mogłam się wymienić proporczykiem, ponieważ przyjechał drugi klub Rotary z Salina Cruz i była prezentacja dziewczyny, która wróciła z Niemiec z wymiany i było bardzo bardzo wielu ludzi. A na ostatnim spotkaniu mnie nie było, bo zrobiłyśmy sobie ze wszystkimi dziewczynami z wymiany i innymi, których rodzice są w Rotary, filmowy wieczór i oglądałyśmy Transformers u mojej najlepszej tu koleżanki - Ting dziewczyny z Taiwanu. Mam nadzieję, że za dwa tygodnie uda mi się wymienić proporczykiem (sic!).

    Tak za dwa tygodnie, bo w sobotę wyjeżdżam do Chetumal spotkać się w końcu z Pauliną (huraaaa!!). Co z tego, że droga zajmie mi 2 i pod dnia w jedną stronę, dzień w Chetumal i 2,5 dnia w druga stronę, ważne, że poznam ludzi(innych wymieńców z całego dystryktu) i spotkam Paulinę i będziemy mogły wszystko obgadać sobie i porównać :) super super super już się nie mogę doczekać bo trochę nudno tu mi.

    W szkole coraz bardziej lubię ludzi, z którymi tu jestem mimo, że mam tylko 12 osób w klasie, ale wszyscy prawie są OK i bardzo kochani. Żałuję tylko, że nie będzie mnie na dniu MEXICO, który jest 15 sierpnia, będzie się tu bardzo bardzo wiele działo a ja będę daleko stąd. Przygotowania trwają już od dwóch tygodni! :O Uczę się hiszpańskiego bardzo ładnie i jestem grzeczna i jest bardzo bardzo fajnie !
    A poza tym hahaha tak jak przewidywał mój tata jeszcze przed moim wyjazdem KUPUJĘ SOBIE DESKĘ DO SURFOWANIA -jeszcze nie wiem jak z nią wrócę ,będzie wiele problemów, ale ważne, że będę miała swoja deskę i znajomy mojego host taty zrobi mi deskę jaką tylko będę chciała, no po prostu cud, miód i orzeszki!



NAJDZIWNIEJSZA RZECZ, JAKA MI SIĘ PRZYTRAFIŁA OD WIELU LAT...

    Dzisiaj byłam z moją host mamą załatwiać już do końca sprawy z moją wiza na lotnisku, tam jest migratory office. Wchodzimy, a tam jakaś kobieta i jak to oczywiście zna moją host mamę i zaczyna gadać z nią i haha ha hihihi i super, w Puerto każdy zna każdego więc się specjalnie nie zdziwiłam bo to dziura jedna wielka. Odcięta od świata z jednej strony Oceanem a drugiej górami (przypomnę, że tragicznymi jak moja droga z Oaxaci do Puerto).
   No dobrze w każdym razie moja mama, że to jest moja nowa córka (hahaha hihihi) i że jest z Poloni. Na co ta kobieta do mnie wielkie oczy i tak ¨jesteś z Polski i mówisz po polsku?!¨ hahaha, a na co ja jeszcze większe oczy i szczeka mi opadła do kolan, dałam radę tylko wydukać taaaa-aak. W bardzo mocnym szoku. To było bardzo ale to bardzo bardzo baaaardzo wielkie zaskoczenie dla mnie spotkać kogoś mówiącego normalnie po polsku na końcu świata!!
   Okazało sie, że Elena (czyli Helena, bo w hiszpańskim nie wymawia się H wiec została Elena) ma polskich rodziców i jak była mała to mieszkała w Polsce a potem w Kanadzie. W domu rodzinnym u niej mówili po polsku ale już nie mieszka z rodzicami od 20 lat, więc sporo zapomina. Strasznie niewiarygodna akcja! Ostatnia rzecz jakiej mogłabym się spodziewać. Powiedziała mi, że ogólnie w Puerto jest jeszcze jeden Polak, jakiś Piotr, ale teraz wyleciał do Polski sprzedać swój dom w Krakowie. A tak to wszyscy już. Helena zapytała mnie czy mam jakąś polską muzykę, ja na to, ze no mam, ale tak sobie bo mam, ale polskie reggae i ona ma z 45 lat więc myślę, że nie o takiej muzyce myślała. (w ogóle to Helena ma audycje radiowe chyba 5 razy w tygodniu w radiu w Puerto -jedynym radiu ! i zawsze od wszystkich spotkanych ludzi bierze muzykę i zbiera muzykę z całego świata, podobno ma bardzo pokaźną kolekcję) Powiedziała mi, że tam kiedyś ma takie i takie i takie audycje (nie pamiętam dokładnie kiedy jakie bo była pod wpływem zbyt wielkich emocji) i że w sobotę ma rano reggae audycję, a ja na to w szoku, że już dawno takiego nie przeżyłam mówię jej, że jedyna polska muzyka jaka mam, to polskie reggae. Jak się ucieszyła, skakała aż ze szczęścia!!!

    To było najbardziej niewiarygodne przeżycie dla mnie od wielu miesięcy!! Strasznie śmiesznie. Umówiłyśmy się na wspólne gotowanie polskich potraw i uhuhu!! będziemy robić gołąbki, jak w Polsce lubiłam gołąbki, ale nie jakoś ultra tak tu. Huraaaaaa będę jadła gołąbki już nie mogę się doczekać! Śmiesznie śmiesznie !!! bo mam już dość tacos każdego dnia.

Besos desde Puerto Escondido    



Meeting w Chetumal...                   [2008.09.26]

   Dużo czasu mi zabrało ochłonięcie po meetingu wChetumal ponieważ moje życie towarzyskie trochę ożył.

   15 września miał odbyć się meeting w Chetumal, jest to miasto około (chyba) 300 tys. ludzi na Półwyspie Jukatan, 40 minut od granicy z Belize. Już od połowy sierpnia żyłam z Pauliną Łatko(która jest na wymianie w mieście Oaxaca- mój dystrykt) tym wyjazdem, ponieważ byłyśmy podekscytowane spotkaniem się nawzajem w końcu, a także spotkaniem z innymi ludźmi! Jak małe dzieci czekają na deser po obiedzie, tak my tez nie mogłyśmy się już doczekać na to spotkanie, a zapowiadało się bardzo ciekawie! i co?!

   Oczywiście zawsze coś... dzień przed wyjazdem, czyli w czwartek Paulina napisała do mnie, że nie jedzie a wtedy wszystko się zawaliło. Mój wyjazd do Chetumal był praktycznie bez sensu, bo naprawdę nie chciałam jechać bez niej. Mieszkamy od siebie dość daleko i to byłaby pierwsza okazja na spotkanie się razem w końcu. A tu co, Rotary Pauliny postanowiło, że zostają i nigdzie nie jadą. Na szczęście Paulina, jako osoba kreatywna, znalazła rozwiązanie i z pomocą swojej host mamy udało jej się pojechać z innym klubem Rotary z Saliny Cruz.

   W pozytywnym nastroju wyruszyłam w okropna podróż, bo 27 godzinną do Chetumal. Nie powiem, było to bardzo męczące. O 2 w nocy z dwugodzinnym opóźnieniem autokar dojechał na dworzec w Chetumal. Zmęczona strasznie ,zaspana zaczęłam taszczyć swoje bagaże ku wyjściu i nagle staje przede mną jakaś dziewczyna z ozdobami choinkowymi na szyi. Kiedy zdałam sobie sprawę, że to Paulina, dziki krzyk wydarł się z moich ust i rzuciłyśmy się na siebie. To jest nieprawdopodobne uczucie móc rozmawiać z kimś po polsku, który rozumie w 100% co mówię i na dodatek znam tego kogoś i no naprawdę super super sprawa!
    Następnie poznałam rodziców Danitzy Morelo Mireles, czyli dziewczyny która mieszka u mnie w domu-z Paulina oraz dziewczyna z Brazylii i Finlandii mieszkałyśmy ten jeden w ich domu. >

   Kiedy przyjechałyśmy na miejsce wszyscy poszli od razu spać, bardzo zmęczeni ,ale oczywiście co? my nie byłyśmy w stanie bo tyyyyyyyyyyyyyyyyyle rzeczy miałyśmy do opowiedzenia sobie nawzajem! Całą noc przegadałyśmy i o 8 byłyśmy już zwarte i gotowe na wrażenia jakie przyniesie nam nowy dzien. >

   O 10 rano pojechałyśmy na spotkanie z innymi wymieńcami z całego dystryktu. Wszyscy byli uśmiechnięci i pogodni, rozdawali sobie nawzajem wizytówki i przypinki. Bardzo ciepli ludzie na tej konferencji przedstawili się wszyscy wymieńcy z poszczególnych stanów oraz zaprezentowano nam wycieczkę pod koniec roku po Meksyku i ogólne zasady wymiany rotariańskiej. Bardzo pozytywnie.

    Potem wszyscy pojechali nad Lagune 30 minut od Chetumal, gdzie spędziliśmy praktycznie cały dzień. Było typowo meksykańskie jedzenie, czyli z tego co zrozumiałam tacos plus baranina ale nie dam sobie ręki uciąć. Największą atrakcją oczywiście była Laguna, który była nieprawdopodobnie piękna ,woda o dziwo była tam słodka ale koloru lazurowego, pogoda dopisywała! Wszyscy robiliśmy sobie zdjęcia razem i co najważniejsze mieliśmy okazje porozmawiać razem, poznać się. W naszym dystrykcie jest bardzo wielu ludzie z Niemiec i Belgii, z Polski tylko dwie dziewoje... ale jest i tak super!!

Tego dnia w całym Meksyku świętowano dzień niepodległości (15 września) więc wieczorem około 22 wymieńcy poszli ze swoimi rodzinami u których mieszkali na świętowanie Idependencia Dia na główny plac w Chetumal. Były fajerwerki dużo meksykańskiej muzyki i wiele, wiele innych.

   Następnie ci wymieńcy, którzy chcieli poszli na dyskotekę o wdzięcznej nazwie Sky Bar i tam można było potańczyć czy posłuchać nieco bardziej nowoczesnej muzyki. Oczywiście my musiałyśmy tam pójść bo nie można przegapić okazji na lepsze poznanie innych wymieńców i oczywiście było super, wszyscy się świetnie bawili i co najważniejsze mieliśmy jeszcze jedną okazję na poznanie się!

   Dla mnie niestety impreza zakończyła się o 1 w nocy, ponieważ o 2 miałam autobus powrotny do Puerto Escondido. Paulina także wróciła do domu, bo jednak zmęczenie robi swoje,24 godziny bez spania! Myślę, że wszystkie emocje jakie nam towarzyszyły przy tym dniu sprawiły, że nie chciało nam się przez cały ten czas spać. Paulina odprowadziła mnie na dworzec autobusowy i powiem, że naprawdę bardzo smutno mi było żegnać się z nią bo jest najlepsza osoba z jaka mogłabym być na wymianie! Dziękuję Ci !

   Zmęczona do granic padłam w autokarze i przespałam 14 godzin bez przerwy...

   Oto całe moje spotkanie w Chetumal!




Fiesta meksykańska w Salina Cruz...                   [2008.12]

    W ostatni czwartek zostałam zaproszona wraz z Paulina Łatko z Oaxaki na fjeste meksykańska w Salina Cruz do mojej koleżanki z Bermudów-Bianki. Impreza miała się zacząć już w piątek i zakończyć w niedzielę, więc wiele czasu nie było na zastanawianie. Szybka wymiana meili z Pauliną, parę telefonów i już w piątek o 14 byłam w autobusie jadącym do Saliny Cruz wraz z moją przyjaciółką z Taiwanu -Ting, która także została zaproszona. Droga zabrała nam niecałe 6 godzin co jest bardzo krótko. Tu wszystko jest daleko więc, że tak ujmę, owe 6 godzin to przysłowiowy 'rzut beretem'.

    Z dworca autobusowego odebrała nas Bianka ze swoją host mamą i pojechałyśmy do ich domu. Nie miałyśmy wiele czasu na przygotowanie, bo już o 22 zaczynała się fjesta. Obowiązywały stroje typowo meksykańskie, a konkretniej typowe dla regionu Salina Cruz. Na szczęście mama Bianki użyczyła nam swoich.
   Po dwóch godzinach przygotowań - ubierania, malowania, czesania (wyobraźcie sobie moje dredy w typowym warkoczu francuskim zaplecionym wokół głowy!) dotarłyśmy na miejsce, czyli centrum miasta. Okazało się, że impreza trwa już tutaj od rana tylko my przyjechałyśmy na punkt kulminacyjny! Było bardzo meksykańsko! Naprawdę, muzyka meksykańska, stroje, jedzenie meksykańskie wszystko takie kolorowe i naprawdę każdy się świetnie bawił!! Wzięłyśmy nawet udział w konkursie na najpiękniejszy strój meksykański. Śmiesznie było bo każdy się na nas patrzy ze zdziwieniem bo Paulina i ja jesteśmy prawie że białe (tu mówi się na takie jak my 'guera') Ting jest z Taiwanu, więc ma typowo azjatycką urodę, a z kolei Bianka jest z Bermudów i ma bardzo ciemna karnację, więc mieszanka egzotyczna!!

    Po przetańczeniu całej zabawy do 3 nad ranem wróciłyśmy do domu z bolącyyyyymi nogami. Ale oczywiście Paulina i Dominika spać nie mogły bo to już nasze drugie spotkanie w Meksyku i ciągle miałyśmy sobie wiele do opowiedzenia wiec zasnęłyśmy około 7 nad ranem! Pobudka o 10, jako tako wstałyśmy. Następnie wszyscy wraz z rodziną Bianki i paroma jej znajomymi pojechaliśmy na basen. Tam spędziliśmy całe popołudnie, tak że było niezwykle sympatycznie. Nie mieliśmy za wiele czasu bo już o 14 zaczynała się kolejna fiesta meksykańska w tym samym miejscu. Znowu wiele muzyki, jedzenia i świetnej zabawy.

   Tym razem wróciłyśmy wcześniej, bo Bianka zaplanowała dla nas kolejną fjeste innego typu. Otóż pojechalismy na dyskotekę nad oceanem. Fale tam były naprawdę przerażające!! Gigantyczne, Bianka powiedziała, że tu jak się wejdzie do wody, to już się nie wyjdzie i chyba miała rację, bo nigdy nie widziałam tak wzburzonej wody!! Widok przerażający a to była zwykła plaża piaszczysta, nie kamienie,dziwne dziwne... uwierzyłam na słowo.
    Wróciliśmy do domu po wytańczeniu się i wszyscy zmęczeni poszli spać. W niedzielę także wstaliśmy wcześniej, żeby pojechać na inną plażę (niestety także fale były bardzo duże) i o 15 miałyśmy autobus powrotny do Puerto Escondido.

   Bardzo mi się podobało w Salina Cruz. To była moje pierwsza taka fiesta ze strojami i było naprawdę pięknie. Wszyscy tu noszą stroje tradycyjne i na co dzień bardzo wiele osób nosi je również, ,może nieco mniej oficjalne,ale zawsze. Mam nadzieję, że będę mogła jeszcze wrócić do Saliny Cruz drugi raz!

    Oczywiście najgorsze co było dla mnie w tej wycieczce, to pożegnanie z Pauliną. Już drugi raz musiałyśmy się żegnać i było ciężko. Tak cieszę się, że właśnie na nią trafiłam, że jesteśmy razem w dystrykcie i względnie blisko siebie mieszkamy (tylko sic! 12 godzin). Cały czas spędzony z nią jest w 100% wykorzystany i ani przez sekundę razem się nie nudzimy!!

    Wysyłam gorące jak słońce buziaki z Meksyku dla wszystkich i parę zdjęć .



Buenos Dias Polonia! ...                   [2008.12]

   Pamiętam jakby to było wczoraj a jednak było to rok temu... Zaczęłam uzupełniać moje papiery związane z wymiana i zaczęłam przychodzić na spotkania Rot ary Warszawa Józefów, tak miedzy bogiem a prawda to kompletnie nie wiedziałam na co się pisze oprócz tego, ze wymiana i że marzył mi się Meksyk (mi się marzył Meksyk a rodzinie marzyło się USA). W każdym razie jest to niesamowite uczucie, ze rok temu siedziałam w Warszawie męcząc się nad tonami stron i pytaniami o mój stan uzębienia po angielsku,a teraz siedzę w Meksyku w krótkich spodenkach z włączonym wiatrakiem z boku i ciągle się denerwuje na brak polskich znaków.



Drugi meeting Rotary w Oaxace ...                   

   Wczoraj wróciłam z kolejnego meetingu Rotary w Oaxace, był to już drugi meeting dla wszystkich wymiencow w moim dytrykcie. Moja najlepsza koleżanka tutaj- Paulina z Lublina mieszka a Oaxace wiec doszłyśmy do wniosku, ze dużo bardziej sensowniej będzie jeśli spotkamy się wcześniej razem, wiec przyjechałam do niej tydzień wczesnej. Do prawdy był to niewiarygodny tydzień!

   Byłam z Paulina w szkole dwa razy (ponieważ kiedy wymiency chcą odwiedzać innych to tak czy inaczej muszą chodzić do szkoły) wiec poznałam szkole Pauliny. Jak już wspominałam wcale nie miałyśmy wolnego czasu codziennie wychodziłyśmy gdzieś. Zwiedzałyśmy głownie centrum Oaxaci, które jest baaaaardzo duże i przede wszystkim piękne. Nie do wiary, że to kolonialne miasto ostało się w tak świetnym stanie i na dodatek niezapomniany klimat nadają mu Indianie, których jest tam bardzo wielu.

   Oczywiście jak na prawdziwe dziewczyny przystało udałyśmy się także na zakupy ,ale niestety za duże miałam ambicje i się przeliczyłam, ze cos tutaj dla siebie znajdę ponieważ owe centrum handlowe (jedyne jakie posiada Oaxaca) jest bardzo marne i kompletnie nic tam ciekawego nie ma.

   . Już z niecierpliwością czekałyśmy na piątek kiedy to miałyśmy spotkać się ze wszystkimi wymiencami! I stało się! I początku oczywiście z początku jak to każdy z nieśmiałością podchodzi do innych, ale już po lunchu wszyscy się śmiali i żartowali, mimo ze chyba nikomu nie powinno być do śmiechu z powodu testu jaki nas czekał. Właśnie tak TESTU! Już od dwóch miesięcy krążyły plotki o owym teście i z tygodnia na tydzień coraz straszniejsze. Na szczęście strach ma tylko wielkie oczy. Egzamin polegał na sprawdzeniu naszej znajomości hiszpańskiego, Rotary, naszego dystryktu wysyłającego i przyjmującego, a dokładniej polegało to na opisywaniu wszystkich aspektów naszego życia. Ze 100 pytaniami Dominika poradziła sobie śpiewająco bez większych problemów i z ulga oddalam swój test.

   Później dla relaksu wszyscy pojechali razem do restauracji za miastem gdzie miesimy zapewnione rożne rozrywki, ja i moja przyjaciółka z Tajwanu (19 lat)jak na nasz wiek przystało największą zabawie miałyśmy z dziećmi trzy razy młodszymi na trampolinie. A wieczorem wspólna kolacja w centrum, która przeciągnęła się aż do 1 w nocy, to niewiarygodne jak dobrze dogadujemy się wszyscy ze sobą. Tak się cieszę, ze trafiłam na tak świetnych wymiencow w dystrykcie i wszyscy chyba byśmy chcieli, żeby takie spotkania jak to miały miejsce duuuuuużo częściej!

   Następnego dnia z rana konferencja dla wszystkich,a potem wspólne wyjście do centrum. Cały dzień spędzony z wymiencami na zwiedzaniu centrum miasta, kawa ,lody, kupno pamiątek, szaleństwa, zdjęcia i cuda niewidny :) bardzo pozytywny dzien.! A wieczorem wszyscy razem poszliśmy razem z Rotaractem do baru wytańczyć się i wyszaleć bo każda okazja jest dobra na lepsze poznanie wymiencow.

   Czas tak mi szybko minął, ze nie zauważyłam kiedy się wszystko skończyło, a ja już siedziałam w autobusie wracającym do Puerto Escondido. Zmęczona acz szczęśliwa przespałam prawie cala drogę (10 godzin).

   Jednym słowem... wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej to jest no prawie w domu...







Feliz Navidad! Zmieniam rodzinę. ...                   [2008.12.23]

   Właśnie wróciłam z plaży, żeby zobaczyć tylko zachód słońca. Śmiesznie, niektórzy maja tam tragicznie niskie temperatury zaś ja na plażę śmigam.

   Szczerze mówiąc to nie wiem kiedy, nagle święta! Tak czekałam czekałam na nie a tu już za dwa dni Wigilia! Już się nawet umówiłam z moimi rodzicami na skype o 19 ichniejszego czasu. Wciąż świat nie czuje mimo, ze z most mama dziś dekorowałyśmy dom i lampki i mikołaje i to wszystko. Ciągle pozostaje we mnie uczucie tak jakbym sobie w sierpniu w Polsce wystawiła choinkę i śpiewała kolędy, cóż bywa i tak. Ciężkie są te święta ze względu, ze ich dla mnie nie ma, zero zimna zero śniegu zero czegokolwiek co jest obowiązkowe w święta! Ja w szortach a obok mnie drzewka bożonarodzeniowe. Dominika opalająca się na czekoladę na plaży a koleżanki śpiewają kolędy. Do prawy niesamowite przeżycie. Myślę, ze te święta zapamiętam już do końca życia jako najdziwniejsze, ale a drugiej strony najwspanialsze.

   Są to moje ostatnie dwa tygodnie z pierwsza rodzina i 3 stycznia zmieniam rodzinę na kolejną, nowe zmiany ,nowe rzeczy, zobaczymy co czas przyniesie...

   Nie uśmiecha mi się zmiana rodziny ponieważ te 5 miesięcy jakie spędziłam z moja pierwsza rodzina były cudowne, właśnie oni mnie nauczyli najważniejszych rzeczy i wszystkiego czego powinnam nauczyłam się właśnie od mojej pierwszej rodziny a teraz przychodzi czas zmian, czas żeby ich opuścić.

    Za rodzicami o dziwo nie tęsknię jakoś bardzo, wiem niedobra, wyrodna córka, ale naprawdę myślałam, ze będzie gorzej! Wiem, ze to dzięki mojej host rodzinie, która stara się robić wszystko żebym nie miała czasu pomyśleć o Polsce oraz dzięki moim przyjaciołom których tutaj poznałam, Są to niesamowici ludzie i myślę, ze lepiej nie mogłam trafić. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa, ze znalazłam tak wspaniałych ludzi!

A teraz życzenia...

   Chciałabym wszystkim złożyć serdeczne życzenia z okazji zbliżających się świąt. Wiem, ze dla każdego inne wartości maja znaczenie ale myślę, ze dla nas wszystkich wymiencow Rotary jest ważne by ten rok spędzić jak najlepiej.

    Wykorzystajcie moi drodzy ta wymianę jak możecie. Jest to szansa jaka nie każdemu jest dana. Zamiast płakać jak to smutno Wam bo daleko od domu pomyślcie, ze za rok będziecie w domu wspominając zeszłe święta za wielkim oceanem! Spędźcie ten czas tak jak lubicie, bierzcie z życia pełnymi garściami.

   Życzę Wam spokoju i szczęścia. Zdrowia, niezbędnego szczególnie na wymianie jak i w całym życiu. Reprezentujcie godnie swój kraj tak jak przystało i wysyłam Wam dużo słońca którego ja mam tutaj nadmiar.

        Feliz Navidad!   



Wizyta w Oaxace czyli u Pauliny...                   [2009.02.20]

    Co słychać w zimnej Warszawie? Słyszałam,ze śnieg juz Was zostawił na dobre... Mam nadzieje, ze wioska także do Was wkrótce zawita! Myślałam, ze mój poprzedni e mail doszedł, ale jak sie okazało byłam w błędzie. A ze nie było mnie ostatnio w domu, bo wyjechałam nie miałam możliwości napisach nowego.

    Z rodzina pojechaliśmy do Oaxaci (stolica stanu Oaxaca), ponieważ mój brat miał zawody, w których uczestniczył ja pojechałam z rodzina by spotkać sie z moja koleżanką - Paulina. Przyznam sie, ze niechętnie jechałam do Oaxaci, ponieważ niemiłosierne zimno, jakie tam panuje w nocy i rano bardzo, ale to bardzo odbiega od moich przyzwyczajeń (34 stopnie cały rok w Puerto), ale cóż, czego sie nie robi, zebry porozmawiać trochę po polsku.

    Nie był to mój pierwszy raz w Oaxace i prawie wszystkie atrakcje tego miasta miałam juz za sobą wiec tym razem postanowiłam udać się na uwieńczone sukcesem zakupy. Głównym celem wyjazdu było dla mnie spotkanie z Paulina i właśnie z nią spędziłam cały ten czas w OAxace. Poznałam także nowych ludzi i z zniecierpliwieniem czekam na kolejna podroż do Oaxaci, jeśli wszystko sie dobrze powiedzie za dwa tygodnie. Jedyny problem, jaki staje mi na drodze to właśnie...droga. Jest tragiczna i nigdy nie jechałam jeszcze tak trudna droga. Pełna gór, zakrętów i mimo połknięcia dwóch aviomarinów wciąż mi było niedobrze a na dodatek owa męka w najlepszym wypadku trwa `tylko` 7 godzin.

    A propos Cortes kiedy po powrocie na dwór Hiszpanii z Meksyku został zapytany, jaka jest OAxaca jako stan (w owych czasach Oaxaca znana była z wielu bogactw a miedzy innymi ze zelota) , Cortes wziął kartkę papieru zmiął ja w rekach i rzucił przed oblicze króla mówiąc `taka jest Oaxaca!` myślę, ze to dość jednoznacznie przekazuje krajobraz tego stanu. Puerto jest oddzielone od południa Oceanem Spokojnym a od wszystkich pozostałych stron górami, największymi i najbardziej nieprzejezdnymi od północy i właśnie przez te nieprzejezdne góry trzeba się przebić jadąc do Oaxaci a mimo, ze droga liczy sobie tylko 200 km pokonanie jej zajmuje 7 godzin.

    No cóż to tyle, jeśli chodzi o Oaxace.

    Kolejną rzeczą, o jakiej bym z chęcią napisała to moja rodzina. Juz miesiąc jestem w tej rodzinnie i przyznam się, ze zostałam bardzo mile zaskoczona. Z początku z obawami przeprowadzałam się w nowe miejsce, ale teraz widzę, ze traktują mnie jak swoja córkę. Jest to dla mnie dość duża zmiana i ta rodzina różni sie bardzo od mojej poprzedniej.

    W mojej pierwszej rodzinie cały czas spędzałam z moja siostra i prawie nie widywałam moich rodziców a wszystko, co robiłam musiałam robić sama, myślę ze dzięki temu nauczyłam Się samodzielności w tak wielkim stopniu. Poznałam Puerto druzo lepiej podróżując po nim sama pieszo czy w `colectivos`, czyli taksówkach przewożących na raz wielu ludzi. Dzięki temu, ze się usamodzielniłam w tak dużym stopniu teraz nie mam takich problemów, jakie maj inne dziewczyny na wymianie gdzie rodzice nie chcą czasami puszczać je same z powodu, ze sie o nie boja gdyż nie znają dość dobrze miasta. W każdym razie jestem samodzielna i na dodatek we wszystkim, co robie mam wsparcie mojej drugiej rodziny i na prawdę jestem szczęśliwa. Poznałam także wielu ludzi w moim wieku w okolicy, ponieważ dzielnica, w której mieszkam teraz znana jest z dużej ilości dzieci i młodzieży a ponadto jest bardzo bezpieczna.

    No dobrze ja juz musze kończyć tego, maila ponieważ zaraz przychodzi moja koleżanka i będziemy piec ciasteczka dla naszych przyjaciel z okazji zbliżających sie walentynek.

    Buziaki Gorajce jak słońce w najcudowniejszym na swiecie Puerto Escondido!

    PS kto by pomyslal,ze wafle `Grzeski` przesalane mi prze moja mamę zrobią taka furorę w Meksyku! hehehe


   



Wizyta na wsi czyli u Ting...                   [2009.03.05]

    Trudno uwierzyć, ale nadchodzi lato tutaj, czyli juz nie biedzie tak zimno (czyt. 34 stopnie) hmmm...będzie ciepło! w końcu! upały niemiłosierne!! Zobaczymy czy przeżyję...

    W weekend pojechałam z moja host rodzina i zaproszona przyjaciółka na wieś na konkretniej to nazwalałbym domkiem letniskowym, ale jako ze lato tutaj jest cały rok to domek gdzie się mieszka cały rok. Wiec zacznę od początku. Z soboty na niedziele nocowałam u Ting mojej przyjaciółki i w niedziele z rana miałyśmy się stawić u mnie w domu, ponieważ juz o 9 mieliśmy wyjeżdżać. Nie wiem, jakim cudem wstałyśmy, ale cóż jakoś to poszło. Droga z domu Ting do mojego, którą normalnie pokonujemy w 10 minut, zabrała nam 30 minut. To wszystko, dlatego, że z Ting zawsze do późnej nocy gadamy i chodzimy spać bardzo późno. Dlatego owe problemy. Zmęczenie i senność nie dawało nam spokoju. Kiedy juz dotarłyśmy do mnie do domu, godzinę czekałyśmy na moja rodzinę, która jak to na Meksykanów przystało nie miała problemu z czasem. W końcu o 10.30 Wyjechaliśmy. I zaczęła się męka..

.     My z Ting ledwo żywe, znowu do pokonania droga pełną zakrętów (zapomniałam jeszcze wziąć aviomarin..Bardzo źle znoszę te meksykańskie drogi) i jedyne dwa postoje z powodu kiepskiego stanu naszych brzuchowa. Ale przyznam, że kiedy dotarłyśmy na miejsce, dwugodzinna droga przez mękę nie miała znaczenia. Było cudownie!!!!!!!!!!!!!!!!

    Aby dotrzeć do domku trzeba przeprawić się przez potok po..bali, bo mostku nie ma. Wszędzie piękna zielona trawa a dookoła ze wszystkich stron wysokie góry. Niedaleko lodowaty wodospad gdzie spędziłyśmy wiele czasu. Na dodatek pogoda świetna, słońce świeci ciepło,bezchmurne niebo po prostu żyć nie umierać. Spędziliśmy czas na zwiedzaniu okolicy graniu w różne gry, spaniu (hehe nasze ulubione zajęcie).

    Wszystko byłoby cudownie gdyby nie to, że zostałam OKROPNIE pogryziona przez jakieś owady i na dodatek tylko ja, nikt więcej. Ugryzienia zrobiły się strasznie duże, swędzi mnie bardzo bardzo bardzo i na domiar złego skończył mi się fenistil.

    Ale jakby nie było... warto! Bo spędziłam bardzo milo czas z moja rodzina i przyjaciółką.

    Nie mogę uwierzyć, ze juz za miesiąc będę znowu zmieniać rodzinę. Bardzo jestem szczęśliwa w mojej obecnej rodzinie i na prawdę podoba mi się tutaj. Poznałam nowych ludzi,nowe zwyczaje. Nowe jedzenie. Ale myślę, ze zmiany rodziny są dużo lepsze niż pozostawanie przez rok w jednej. Poznałam tyle nowy rzeczy z kolejna rodzina i tak samo zapewne biedzie z moja przyszła rodzina. Mam możliwość poznania Meksyku w większym stopniu. Pamiętam jak tak strasznie nie chciałam zmieniać rodziny,ale szybko zdałam sobie sprawę, ze zmiana to jest dobra rzecz. Dzięki temu moje pojecie Meksyku staje się bardziej bogate.

    Musze juz kończyć. Wiele słońca z Meksyku.
Buziaki i trzymajcie się wszyscy zdrowoooooooooooooo!!!!
Brazylia
Kukuła Kacper
2008-08-03
Miasto...............: Fortaleza
 Klub wysyłający.: RC Częstochowa
 Klub przyjmujący: RC Fortaleza
 Okres pobytu....: Sierpień 2008- Lipiec 2009
 Kontakt.............: k.kukula@wp.p
O sobie...

   Nazywam się Kacper Kukuła pochodzę z Częstochowy i mam 18 lat. Skończyłem drugą klasę w II LO im. R.Traugutta na profilu językowym.
   Na wymianę wyjeżdżam dzięki RC Częstochowa, do RC Fortaleza. Fortaleza to miasto położone niedaleko równika na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego w stanie Ceara. Fortaleza jest stolicą takich sportów wodnych jak kite-surfing i windsurfing. Słoneczna oraz wietrzna pogoda niemal panuje przez cały rok, co mnie cieszy ponieważ jestem wielbicielem tych, jak i innych sportów wodnych.

   Powodów dla których wybrałem Brazylię jako miejsce mojej wymiany było bardzo wiele, przede wszystkim zawszę byłem zafascynowany Brazylią oraz moim marzeniem było zwiedzenie tego wspaniałego kraju. Ta wymiana jest dla mnie wielką szansą z której chce jak najlepiej skorzystać, dlatego będę się starał jak najwięcej nauczyć, aktywnie spędzać czas oraz reprezentować Polskę z jak najlepszej strony.
AKTUALNOŚCI
Wojciech Śmigiel , KWM
2008-08-17
AKTUALNOŚCI zawierają komunikaty Przewodniczącego Komitetu Wymiany Młodzieżowej Wojciecha Śmigla oraz informacje o najnowszych wiadomościach od naszych wymieńców.
Lista wymieńców 2008/2009

Adamczak Barbara WROCŁAW ----------
Banaszkiewicz Iga LUBLIN CENTRUM ---------- [2]
Barcikowska Marcelina TORUŃ ---------- [1]
Bartkiewicz Bartłomiej OLSZTYN ----------[2]
Biliński Wojciech Jakub BYDGOSZCZ ----------
Cieślak Maciej WROCŁAW PANORAMA ---------- [2]
Dec Ludwika KAZIMIERZ DOLNY ---------- [1]
Dropko Hanna LUBLIN CENTRUM ---------- [1]
Drzewiecka Agnieszka OLSZTYN ----------
Dziwosz Anna WROCŁAW PANORAMA ----------
Frankowicz Marzena KIELCE ----------
Głogowska Marta WROCŁAW ---------- [2]
Górka Patrycja WROCŁAW ----------
Jarmuszewska Kaja TORUŃ ----------
Karlovskaya Elena LUBLIN CENTRUM ---------- [1]
Kędzierski Igor WARSZAWA ----------
Korczyński Gracjan WROCŁAW ----------
Kotkowski Grzegorz WROCŁAW CENTRUM ----------[1]
Kowalik Szymon KRAKÓW WANDA ----------[2]
Kozera Piotr TORUŃ ----------[2]
Kozioł Aleksandra WARSZAWA JÓZEFÓW ---------- [1]
Kruk Michał KRAKÓW WANDA ----------
Kukuła Kacper CZĘSTOCHOWA ---------- [1]
Kuźniak Angelika Patrycja BYDGOSZCZ ---------- [4]
Lamparski Artur WARSZAWA ----------
Lasota Kacper Melchior LUBLIN CENTRUM ---------- [1]
Lelonkiewicz Barbara WROCŁAW ----------
Lubiński Krzysztof Piotr BYDGOSZCZ ----------
Łatko Paulina LUBLIN ---------- [4]
Łukomska Maja WARSZAWA ---------- [1]
Matejko Dominika KRAKÓW WANDA ----------
Mateusz Gugałka WARSZAWA CITY ----------
Mućko Filip Zbigniew BYDGOSZCZ ----------
Niemoczyński Maksymilian WARSZAWA ----------
Nowak Magda SOPOT ----------
Pankowska Joanna TORUŃ ---------- [1]
Pawłowski Jan POZNAŃ WANDA ---------- [2]
Piotrowska Karolina WROCŁAW ----------
Potańska Adriana KAZIMIERZ DOLNY ----------
Ropek Michał KRAKÓW WANDA ---------- [1]
Różycka Anna ŁÓDZ ----------
Sieczkowska Dominika WARSZAWA JÓZEFÓW ---------- [4
Skworz Jakub POZNAŃ ----------
Słomiak Marta TORUŃ ----------
Soboń Mariola KRAKÓW WANDA ---------- [1]
Straczycka Zofia WROCŁAW CENTRUM ----------
Sukiennik Albert ŁÓDŹ CZTERY KULTURY ---------- [1]
Szczudło Berenika WROCŁAW ----------
Szewczyk Marcin WARSZAWA ----------
Szmagier Filip WARSZAWA JÓZEFÓW ----------
Szuba Kinga BYDGOSZCZ BRDA ----------
Szwaj Magdalena LUBLIN CENTRUM ---------- [1]
Tarnowska Paulina KRAKÓW WANDA ---------- [1]
Tobjasz Przemysław KAZIMIERZ DOLNY ---------- [1]
Tokaj Inez KRAKÓW WANDA WANDA ---------- [2]
Uliasz Piotr KATOWICE ----------
Wachnicka Kamila KRAKÓW WANDA ----------[1]
Wiśniewska Kamila WARSZAWA ----------
Wysoczańska Olimpia WROCŁAW ----------
Zaręba Aleksandra GIŻYCKO ---------- [1]
Żarska Natalia KRAKÓW WANDA ---------- [2]
Brazylia
Nowak Magda
2008-08-19
Miasto...............: Vitoria
 Klub wysyłający.: Rotary Club Sopot
 Klub przyjmujący: Rotary Club Vitoria
 Okres pobytu....: wrzesień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: magda.nowak10@wp.pl , magotax@hotmail.com
O sobie...

    Nazywam się Magda Nowak. Mieszkam w Gdańsku i w tym roku powinnam rozpocząć naukę w klasie Mat-Fiz-Inf w V l.o., ale wyjeżdżam na wymianę długoterminową do Brazylii. Mam na razie 15 lat, dnia 18 grudnia skończę 16.

   Interesuje się wszystkim, co kreatywne, a jeśli chodzi o sport, to capoeirą, którą chcę udoskonalić w Brazylii.

   Pragnę wyjechać, by zacząć doceniać więcej rzeczy, które mnie otaczają, znaleźć bardziej kolorowe inspiracje do moich prac, nauczyć się cieszyć ze wszystkiego. Mam nadzieje, że wymiana spełni moje oczekiwania, poznam wielu ciekawych ludzi na całym świecie, nauczę się portugalskiego.

   A i jeszcze z takich ciekawszych rzeczy, to przyleciała już do Gdańska Brazylijka (Mariana) na moje miejsce. Całkiem sympatyczna i otwarta dziewczyna.
USA
Lubiński Krzysztof Piotr
2008-08-21
Miasto...............: Port Townsend
 Klub wysyłający.: RC Bydgoszcz
 Klub przyjmujący: RC Port Townsend Sunrise
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: lkrzysiek@hotmail.com
O sobie...

    Nazywam się Krzysztof Lubiński i w tym roku jadę do USA do Port Townsend w ramach wymiany organizowanej przez Rotary International. Mieszkam w Bydgoszczy, chodzę do jednego z najlepszych liceów w Polsce na profilu mat-inf. Mam 16 lat. Interesuję się sportami (biernie i czynnie), książkami i fascynuje mnie nauka.

   Na wymianę chcę jechać ponieważ chcę poznać nową kulturę i nowych ludzi. A poza tym chcę się nauczyć perfekcyjnie angielskiego i kite surfingu.
Brazylia
Banaszkiewicz Iga Paulina
2008-08-08
Miasto...............: Recife (Pernambuco)
 Klub wysyłający.: RC Lublin Centrum
 Klub przyjmujący: RC Recife Casa Amarela
 Okres pobytu....: sierpień 2008 – lipiec 2009
 Kontakt.............: iguuuana@yahoo.com
O sobie...

    Nazywam się Iga Banaszkiewicz, mam 18 lat. Chodzę do XXIII LO w Lublinie i w tym roku ukończyłam 2 klasę o profilu angielsko-informatycznym. Interesuję się głównie językami obcymi, sportem i rysunkiem. W wolnych chwilach także fotografuję, tańczę i podróżuję. W przyszłym tygodniu lecę na wymianę do Recife (stan Pernabuco) w Brazylii.

    Dlaczego jadę na wymianę? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem, bo powodów jest mnóstwo. Do wyjazdu skłoniło mnie jednak głównie to, że kocham podróżować, poznawać odmienne kultury, nowych ludzi, a wymiana Rotary daje mi taką możliwość. Poza tym myślę, że roczny pobyt w Brazylii jest szansą na pogłębienie moich zainteresowań i pasji, bo ten piękny kraj od zawsze kojarzył mi się z windsurfingiem, gorącą sambą i pięknymi widokami, które warto uwiecznić na papierze.

    A czego tak naprawdę oczekuję? Oczekuję, że ten rok w Brazylii będzie wspaniałym doświadczeniem, pełnym przygód i niezapomnianych zdarzeń, że pozwoli mi inaczej spojrzeć na świat, zyskać nowych przyjaciół i naprawdę zatęsknić za tymi wspaniałymi ludźmi, którzy otaczają mnie tutaj, w Polsce. Oczekuję, że będzie to najbardziej niesamowity rok mojego życia.



Moja podróż i host rodzina ...            [2008.08.28]

    Dotarłam szczęśliwie. W podróży nie miałam żadnych nieprzyjemnych przygód, wszystko poszło sprawnie i bezboleśnie. Rozstanie z rodziną było oczywiście ciężkie, ale teraz dzieje się zbyt wiele, żeby o tym myślec.
    W Brazylii jestem już prawie 2 tygodnie. Jest niesamowicie! Non stop poznaję nowych ludzi, robię coś nowego, próbuję czegoś nowego. I tu mówię szczególnie o jedzeniu- kuchnia brazylijska jest kompletnie inna od polskiej i, na moje nieszczęście, wszystko mi tutaj smakuje.
    Ludzie są niezwykle otwarci, wszyscy chcą mnie poznać, zaprzyjaźnić się. Niestety mało kto mówi po angielsku. Może to i dobrze, bo szybciej nauczę się portugalskiego. W poniedziałek idę do szkoły. Trochę się denerwuję, bo nie mam pojęcia czego się spodziewać, ale myślę, że będzie ciekawie. Tym bardziej, że mam tam już trochę znajomych, którzy obiecali, że wszystko mi pokażą.

    Jeśli chodzi o moją rodzinę, to czuję, że trafiłam najlepiej, jak tylko mogłam. Mam fajnych rodziców (Gabrielę i Carlosa), którzy są bardzo serdeczni i pomocni. Trochę ciężko mi się z nimi dogadać, bo słabo znają angielski, ale przy każdej okazji uczą mnie portugalskiego. Często wynikają z tego zabawne sytuacje, więc jest sporo śmiechu. Najbardziej cieszę się jednak z tego, że mam siostrę w moim wieku, Dudę (Marcela, młodsza o 2 lata, wyjechała tydzień temu na wymianę do USA). To właśnie dzięki siostrze poznaję tyle nowych ludzi i miejsc. Chodzimy razem na siłownie i lekcje tańca, na zakupy, do znajomych, na imprezy. Już się zaprzyjaźniłyśmy i myślę, że zaprzyjaźnimy się jeszcze bardziej.

    Dom, w którym mieszkam również mi bardzo odpowiada. Jest to apartamentowiec, z siłownią i basenem oraz nastrojowym miejscem w ogródku, gdzie mieszkańcy mogą urządzać imprezy. Mieszka tu dużo osób w moim wieku, zdecydowana większość się przyjaźni i często gdzieś razem wychodzimy. Kilka pięter pode mną mieszka Ellen z USA, która też jest na wymianie. Jest bardzo fajna, dość często się spotykamy i wymieniamy wrażeniami.
   Mieszkanie jest bardzo duże. Mam własny pokój z osobną łazienką (jedną z czterech). Za oknem widzę inne apartamentowce i palmy, co za każdym razem niezwykle mnie ekscytuje. Generalnie czuję się tu dobrze.

   Co do ciekawszych wydarzeń, to na razie mogę zaliczyć do nich spotkanie wymieńców na Maragogi Beach w ostatni weekend i zebranie Rotary.
 
   Zacznijmy od tego pierwszego. Tu nie będę się rozpisywać, bo myślę, że zdjęcia mówią same za siebie. Było niesamowicie, cudownie, pięknie, wspaniale! Poznałam mnóstwo osób ze Stanów, Kanady, Nowej Zelandii, Meksyku, Ekwadoru, Brazylii, Chin, Tajwanu, Danii, Finlandii, Niemiec, Francji i Słowacji. Zobaczyłam miejsca, które do tej pory oglądałam tylko w Internecie lub na National Geographic. A co najważniejsze, podczas tego spotkania zakochałam się w Brazylii, tak na zabój!

    Na zebraniu RC Recife Casa Marela powitano mnie bardzo serdecznie. Wszyscy do mnie podchodzili, przedstawiali się. Afonso, mój Counselor, Wygłosił mowę, w której trochę o mnie opowiedział i powitał w Brazylii. Dostałam też ładne kwiatki, album o Brazylii i liścik powitalny, a później wymieniłam się z Prezydentem proporcami naszych Klubów. Następnie ja wygłosiłam swoją 'mowę', a mianowicie wydukałam kilka zdań po portugalsku. Mimo wszystko, wyszło to w miarę ok i dostałam gromkie brawa. Powrót do domu był jednak najprzyjemniejszą, bo najmniej stresującą, częścią zebrania.

No i to chyba będzie na tyle, jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia. Teraz trochę zdjęć, żeby nie zanudzać Was tylko i wyłącznie słowem pisanym.

   Do następnego razu,beijos!



Przygody ciąg dalszy...            [2008.10.20]

    Pojutrze mijają 2 miesiące od kiedy po raz pierwszy postawiłam nogę na kontynencie amerykańskim, 2 miesiące od kiedy po raz pierwszy ujrzałam Brazylię. Dwa najwspanialsze miesiące mojego życia!! Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to powiem (napiszę), ale przez ten czas uświadomiłam sobie, że odnalazłam moje miejsce na ziemi. Mimo tego, że (raczej) nie zostanę tutaj na zawsze, już teraz wiem, że będę wracać do tego niesamowitego kraju tak często, jak tylko będę mogła.

    Powinnam się chyba wytłumaczyć, dlaczego nie pisałam przez tak długi czas… Otóż powodów jest co najmniej kilka. Głównym z nich jest jednak totalny brak czasu. Tutaj dzieje się tak wiele, że naprawdę ciężko jest znaleźć wolną chwilę! Tym bardziej, że staram się wykorzystywać każdą szansę na poznanie Brazylii- sporo podróżuję, spotykam się z innymi ludźmi, uczę się języka. Poza tym oczywiście chodzę do szkoły, co jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych zajęć.


Gdzie byłam ? Co robiłam ?            [2008.10.20]

    Pierwszy weekend września spędziłam z rodziną i znajomymi w Porto de Galinhas, słynnym wakacyjnym kurorcie położonym godzinę drogi od Recife. Było cudownie! Plaża, słońce, ocean, palmy, kokosy, kurczaki… Tak, tak, kurczaki! Ale dlaczego właśnie one? Otóż galinha (czyt. galińja) to po portugalsku kurczak. W związku z tym miasteczko wręcz przytłacza obecnością tych zwierząt. Rzeźby kurczaków stoją na każdym rogu; kurczaki papierowe, gliniane, plastikowe i każde inne można kupić wszędzie; nawet budki telefoniczne i kosze na śmieci są w kształcie kurczaków! Ma to jednak swój urok, a w połączeniu z pięknymi widokami i niezliczoną ilością młodych ludzi (głównie surferów) tworzy niepowtarzalny klimat.

    Kilka tygodni temu dostałam zaproszenie na obiad od znajomych moich host rodziców- Polaków, którzy mieszkają w Brazylii już ponad 40 lat. Nigdy w życiu żadne buraczki, żadne ogórki kiszone, i nawet żaden bigos nie sprawiły mi tyle radości, co w ową niedzielę! 'Pozaobiadowa' część spotkania była równie miła. Państwo M. okazali się przesympatycznymi ludźmi. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się popijając napoje chłodzące przez kilka dobrych godzin. Na koniec dostałam gazetę 'Polska w Brazylii', słoik ogórków kiszonych i kolejne zaproszenie, 'kiedy tylko będę miała ochotę'. Skorzystam na pewno, ogórki już dawno zjedzone.

    Na początku miesiąca Rotary zorganizowało nam (tj wszystkim Exchange Students z Recife) wyjazd do Aparaua Eco Aventura- ośrodka położonego na terenie rezerwatu przyrody, jakieś 70km od naszego miasta. Jedyne myśli, jakie przychodziły mi do głowy, to: "Co ja w ogóle tutaj robię? Pływam sobie w jakiejś ogromnej rzece, w środku lasu tropikalnego, z ludźmi z całego świata, niczym się nie przejmując (no, może tylko tym, że zaraz odgryzie mi palec u nogi mały aligator albo inne dziwne stworzenie;)), kiedy normalnie powinnam marznąc w Polsce i zapewne uczyć się do kartkówki z matmy albo odpowiedzi z historii.." Muszę przyznać, że uczucie co najmniej dziwaczne, ale przyjemne. Równie przyjemne, jak odpoczynek w hamaku po pełnym przygód dniu i popijanie zimnego soku z aceroli. Kolejne spotkanie podobno już niedługo!

    Najbardziej ekscytujący ze wszystkich był jednak ostatni weekend! W piątek rano pojechałam wraz z host rodzicami do słynnej Fortalezy. Podróż była długa i męcząca (ponad 10 h jazdy), ale bez wątpienia się opłacało! Po drodze wstąpiliśmy na piękną plażę, aby przejść się wybrzeżem klifowym (das Falesias de Beberibe). Widoki zapierały dech w piersiach, czułam się, jakbym oglądała to wszystko w telewizji (czasem jeszcze ciężko mi uwierzyć, że naprawdę tu jestem)! Na miejscu spotkałam się z Kacprem, który jest w Fortalezie na wymianie. Spędziliśmy razem całą niedzielę- host tata Kacpra zabrał nas na plażę w Porto das Dunas, równie cudną jak wszystkie inne brazylijskie plaże! Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. W poniedziałek wieczorem znowu byłam w domu. Zostały mi tylko wspomnienia, piękne zdjęcia i nadzieja, że jeszcze nie raz odwiedzę Fortalezę.

    Oprócz zdjęć z wyżej opisanych wydarzeń, zamieszczam także uchwycone momenty ze szkoły, z barbecue zorganizowanego przez moich sąsiadów 2 tygodnie temu, a także z różnych spotkań z przyjaciółmi (tak, teraz już zdecydowanie przyjaciółmi, a nie znajomymi).

    Za tydzień moja pierwsza ‘poważna’ wycieczka rotariańska- w piątek lecę wraz z innymi wymieńcami z Recife do Sao Paulo, skad jedziemy do Pantanal, jednego z najpiękniejszych regionów Brazylii. Na pewno odezwę się po powrocie. Myślę, że będzie o czym opowiadać…

EKWADOR
Tarnowska Paulina
2008-08-04
Miasto...............: Manta (Manabi)
 Klub wysyłający.: RC Kraków Wanda
 Klub przyjmujący: RC Manta
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: paulatar@windowslive.com
O sobie...

    Nazywam się Paulina Tarnowska i w tym roku wyjeżdżam do Ekwadoru. Uczę się w klasie hiszpańskiej w VI LO w Krakowie. Na "wykładówce" dodatkowo poznajemy literaturę, geografię,historię Hiszpanii.
   Zainteresowania: Podróże, literatura...i coś czemu poświęcam większość wolnego czasu- muzyka...A tak poza tym to w klasie hiszpańskiej oszalałam na punkcie świata hiszpańskojęzycznego.

   Dlaczego chcę jechać na wymianę i czego się po takim pobycie spodziewam? Myślę, że każdy przyszły wymieniec często spotyka się z podobnymi pytaniami... Ja nawet od osób najbliższych słyszałam: "...Ale Paulina to aż rok!...Czy ty wytrzymasz?. ..Paulos wariacie nie boisz się?...Tak właściwie po co ty tam jedziesz??"
   No właśnie ...Po co? Bo taka już chyba jestem marzycielka, niespokojny duch. YEP daje mi szansę na spełnienie jednego z moich marzeń-podróży do Ameryki Południowej, daje szansę poznania ludzi i kraju tak odległego i tak odmiennego od Polski....
Wiele osób śmiało się gdy bujałam w obłokach śniąc o dalekich podróżach. Teraz mam nadzieję, że gdy wrócę będę mogła powiedzieć sobie, przyjaciołom i każdemu niedowiarkowi, że warto było,że była to największa przygoda życia, że zobaczyłam cudowne miejsca i poznałam niesamowitych ludzi.



Pierwszy miesiąc w Ekwadorze...                   [2008.09.26]

   Jak opisać ten miesiąc w kilku zdaniach? To chyba niemożliwe, żeby opowiedzieć wszystko.

   PODRÓŻ mimo, że męcząca i bardzo długa przebiegła bez żadnych problemów. W samolocie poznałam Ekwadorczyka, z którym polowe naszej drogi przedyskutowałam, począwszy od tematów takich jak kuchnia, plaże skończywszy na polityce i problemach społeczeństwa ekwadorskiego. Dzięki temu mogłam lepiej poznać nowy świat, do którego zmierzałam.

    Na lotnisku w Guayaquil przywitała mnie moja nowa rodzina: mama Anna, tata Lizardo i hostbrat Zbigniew. Od początku ustaliliśmy, że język polski jest zabroniony, obowiązuje tylko hiszpański! (Jestem w rodzinie polsko-ekwadorskiej) W domu poznałam resztę rodziny: siostry Weronikę i Joanne, brata Marcelo z żoną MaJo i śliczną dwuletnia córeczkę Nicol. ( Niestety Zbigniew poleciał na wymianę do USA, a dziewczyny do Łodzi na studia).

   Myślałam, że ZAAKLIMATYZOWANIE SIĘ w nowej kulturze to łatwiejsza sprawa. Przyznać muszę, że pierwszy tydzień był naprawdę trudny. To co mnie przerażało (nadal przeraża ale jakoś nauczyłam się z tym żyć),to ogromne kontrasty; obok wielkich willi z basenami , drewniane rozwalające się chatki, ogromna przepaść, rozwarstwienie :sklepy dla bogatych i biednych, dzielnice bogatych i biednych, szkoły dla bogatych, szkoły dla biednych etc.

   A i jeszcze coś co cały czas mi dokucza...Zawsze jeżeli chcę gdzieś iść na zakupy, na plażę, do kina, zawsze w towarzystwie innych osób i zawsze muszę prosić o pozwolenie. Ze względu na bezpieczeństwo nie mogę przebywać sama na ulicy, jeździć komunikacją miejską. Na początku myślałam, że przyzwyczajenie się do tego, dla mnie dziewczyny, która zawsze chodzi własnymi ścieżkami jest czymś nieosiągalnym, ale z biegiem dni trzeba było zaakceptować nowe warunki...

   SZKOLA: Bardzo bałam się pierwszego dnia w szkole, ale okazało się,że nie ma czego! Każdy podchodził, witał się, chciał rozmawiać, zapraszać na fiesty, dlatego w parę dni uzbierała mi się spora grupa znajomych. Pierwszy raz w życiu jestem popularna w szkole i każdy zna moje imię. Colegio de Julio Pierregrosse to szkoła katolicka prowadzona przez siostry z Hiszpanii. Nauczyciele jak tu się mówi są naprawdę ¨chevere´¨, cały czas żartują i śmieją się. Do mojej szkoły chodzą jeszcze 2 inne dziewczyny z wymiany: Claire (Australia) i Carmen (Szwajcaria), z którą siedzę w ławce. Oprócz naszej trojki na wymianie jest jeszcze Sarah z Niemiec. Cieszę się bo zaprzyjaźniłam się z dziewczynami, zawsze wychodzimy razem, mamy wspólne zajęcia, znajomych i wspólne problemy, które możemy rozwiązywać razem, bo każda z nas jest w podobnej sytuacji.
   W szkole poproszone zostałyśmy o zastępstwo za profesora języka angielskiego. Nowe doświadczenie, podobała mi się ta rola, ale niestety nie odnalazłam powołania nauczycielskiego !

   RC Manta w przeciwieństwie do krakowskiej ¨Wandy¨ składa się wyłącznie z męźczyzn, wyjątkami są kobiety niezamężne czyli na cały klub tylko 3 panie. Jak całe społeczeństwo ekwadorskie, rotarianie sa bardzo otwarci i uśmiechnięci. W ciągu tego miesiąca byłam już na trzech przyjęciach organizowanych przez klub. Jednym z nich był bal debiutantek-wielka gala urodzinowa, oraz zbiórka funduszy na budowę domów dla biednych. Była to jedna z najlepszych fiest na jakich byłam, przetańczyłam cala noc i poznałam wielu    nowych ludzi.

Chairman(mój hostpapa) zadecydował,że w tym roku osoby z wymiany powinny brać udział w tak zwanym ¨trabajo social¨(wolontariat) żeby lepiej poznać życie i problemy ludności . Razem z dziewczynami pracujemy 4 dni w tygodniu pomagając ludziom; dwa dni w organizacji zwanej ¨patronato municipal, w której opiekujemy się dziećmi w wieku 3-4 lata. Jest to takie nasze przedszkole, a moim obowiązkiem jest czesanie, pomaganie w wiązaniu butów,wymyślanie zabaw dla dzieciaków. Daje to możliwość poznania wielu wolontariuszy z całej Manty i świata ( tak poznałam grupę z wymiany AIESEC miedzy innymi 3. Polaków).

    W drugiej organizacji współpracujemy z dziećmi z ulicy. Pomagamy w odrabianiu zadań, uczymy angielskiego. Ostatnio na przykład uczyłam 10 letniego Juana Manuela alfabetu. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy jak wielkie problemy mogą mieć zaniedbane dzieci. Na prawdę trzeba mieć dużo cierpliwości, asertywności, bo dzieciaki czasami chcą manipulować, postawić na swoim, ale co najważniejsze potrzebują dużo uwagi, bo często są to dzieci, które były wykorzystywane seksualnie. Przyznać muszę, że jest to ciężka praca, ale daje wiele satysfakcji i takiej wewnętrznej siły.






Tydzień kultury......                   [2008.10.10]

   Szczerze mówiąc, a raczej pisząc, mam problem jak opisać te ostatnie miesiące, które przyniosły tak wiele radości, pięknych chwil, ale czasami i nieco smutniejszych.

   W Październiku jednym z najważniejszych wydarzeń w szkole był tydzień kultury, na który każdy uczeń Julio Pierregrosse wyczekuje z zapartym tchem. są to dni prawie wolne od nauki, pełne rożnych wydarzeń jak prezentacje teatralne, muzyczne,naukowe. moja klasa poprosiła mnie o reprezentowanie w konkursie wokalnym. było to niesamowite przeżycie, bo mimo ze nie udało mi się zdobyć żadnego miejsca mój występ spotkał się z wielkim aplauzem ze strony kolegów ze szkoły(później wszyscy chodzili za mną nucąc moja piosenkę).

    Ostatniego dnia tego pamiętnego tygodnia dyrekcja szkoły zaproponowała nam zorganizowanie stoiska Polsko/Szwajcarskiego. Carmen i ja miałyśmy możliwość pokazania uczniom i ich rodzicom naszych państw. Wszystkim spodobał się mój improwizowany strój krakowski...W tym samym czasie zaczęłyśmy zbiórkę funduszy fundacji Shekinah. Sprzedawałyśmy bilety wstępu na fritade wielki obiad na jednej z plaż manty. Akcja zakończyła się wielkim sukcesem.


Wycieczka po Ekwadorze......                   [Październik]

   Październik to również miesiąc pierwszego paseo/wycieczki z wszystkimi wymiencami(120 osób) Było to niesamowite uczucie poznać tak liczna grupę ludzi z zupełnie rożnych stron świata. Spędziliśmy 5 dni zwiedzając ważniejsze miejsca mojej prowincji/Manabi. musze się pochwalić ze wygrałam noc talentów co spowodowało ze przez cala wycieczkę rotarianie prosili mnie o śpiewanie...

   Niestety moja rodzina goszcząca nie podróżuje dlatego byłam w sytuacji takiej ze mimo 2 miesięcy poznałam tylko mante i miasteczka przylegle, dlatego przyjaciele z klasy starszej zaprosili mnie na ich wycieczkę koncoworoczna. Był to najpiękniejszy czas spędzony w Ekwadorze, najwspanialsze 5 dni pełne przygód jak np. wędrowanie po lasach Amazonii, zwiedzanie cudnych rezerwatów, Rafting po jednym z dorzeczy Amazonki. Zobaczyłam góry, cudowne wodospady i zakochałam się w tych rejonach. jeżeli tylko kiedyś będę miała możliwość wrócić do Ekwadoru to z pewnoscia właśnie do okolic Banos, ambato i Puyos.


Spotkanie u mojej rodziny......                   [Listopad]

   W ostatni weekend listopada na działce mojej rodziny, Rotary zorganizowało spotkanie całodniowe. każda z nas miała zorganizować prezentacje swojego kraju. niestety Carmen zachorowała na tyfus, dlatego tylko trzy państwa miały swój udział polska Niemcy i Australia. Musze przyznać ze nasz występ spotkał się z wielkim uznaniem ze strony rot arian. Uczyłam tańczyć półkę, pleść wianki oraz zorganizowałam konkurs języka polskiego(powtórzenie jak najpoprawniej w SZCZEBRZESZYNIE...)


Moja praca w fundacji......                   

   Jak już pisałam wcześniej, większość mojego wolnego czasu spędzam w fundacji. Jest to miejsce, w którym czuje się naprawdę wspaniale. Pełne zapału i pomysłów chciałyśmy zorganizować inne akcje zarobkowe(żeby odnowić fragment budynku). Gdy już wszystko było zaplanowane(a nawet przygotowane, upiekłyśmy ciasto tradycyjne dla Australii by sprzedać w RC) nasz chairman stwierdził, ze nie możemy pomoc w ten sposób, ze nie możemy robić w Ekwadorze co nam się podoba(oczywiście cala wina spadla na mnie bo ja mieszkam w jego domu, dlatego zagroził mi , ze odeśle mnie do Polski) I tak właśnie smutno zaczęłam grudzień, wyzbyta z chęci do pomocy. Trochę podłamana starci lam zapal do pracy w fundacji. ale minęły święta i chęci po pomocy wróciły, dlatego w najbliższym czasie pragnę zaangażować również moich przyjaciół, by zorganizowali akcje zarobkowa w Polsce. tak przy okazji czy istnieje możliwość również zorganizowania zbiorki w klubie??(jakich formalności należy dopełnić??)


Moje 18-te urodziny......                   [2008.12.15]

   Moje 18. urodziny(15 grudnia) przeżyłam wręcz cudownie. Szczerze nigdy nie myślałam, ze tak właśnie je spędzę. Znajomi zorganizowali mi spotkanie na plaży, oczywiście zapomniałam zabrać stroju kąpielowego co mnie nie usprawiedliwiało wiec zostałam wrzucona do wody a potem wyturlana w piasku. W jednej z restauracji czekał na mnie tort urodzinowy oczywiście moja twarz wylądowała w jego centrum, ale co było najfajniejsze to usłyszałam polskie sto lat.


Święta......                   [2008.12.24]

   Szczerze mówiąc bałam się okresu świątecznego. Okazało się ze przyniósł wiele pracy nie tylko w domu ale również w rotary i innych organizacjach. Na każdym kroku proszone byłyśmy o pomoc w pakowaniu i rozdawaniu prezentów. jednego dnia tuz przed Wigilia razem z przyjaciółmi zrobiliśmy ponad 300 paczek z żywnością dla dzieci z biednych rodzin i dla domu spokojne starości.

   Moja Wigilia była dość specyficzna, nietypowa dla Ekwadoru. z Polskich potraw moja host rodzina przygotowała bigos piernika, oraz łamanie opłatka. Ale zgodnie z ekwadorskim zwyczajem na stole zagościł indyk. Niestety wieczerza zakończyła się bardzo szybko(ok 1 godziny)wszyscy poszli spać...A ja zostałam sama i wtedy naprawdę poczułam się samotna, ale z pozytywnej strony to doceniłam rodzinę, przyjaciół, zatęskniłam za polskimi tradycjami.


Czas szybko płynie......                   

   Naprawdę trudno opis jak szybko płynie tutaj czas, już wiem ze będzie wiele łez pod koniec czerwca, ze będzie mi trudno pogodzić świat który zostawiłam w Polsce z nowym stworzonym tutaj w Ekwadorze

P.S. Przepraszam za okropny styl i ortografie ale już powoli zaczynam zapominać jak mówić po polsku, w głowie mam teraz tylko hiszpański
Meksyk
Słomiak Marta
2008-08-23
Miasto...............: Ensenada, Bajo California
 Klub wysyłający.: RC Toruń
 Klub przyjmujący: RC Ensenada
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - czerwiec 2009
 Kontakt.............: martaslomiak@gmail.com
O sobie...

   Nazywam sie Marta Słomiak. Jestem z Grudziądza, ale od paru lat uczę się i częściowo mieszkam w Toruniu. Mam prawie 18 lat i właśnie skończyłam 2 klasę IV LO. Kocham podróżować, szczególnie autostopem, nienawidzę się nudzić i siedzieć na miejscu. Nie mogę żyć bez filmów i muzyki. No i oczywiście bez mojej genialnej rodziny i przyjaciół.

   Dlaczego wymiana? Myślę, że każdy, kto to czyta sam wie doskonale dlaczego. Chce móc wspominać ten rok, jako rok zabawy, poznawania zupełnie innej kultury i języka (taaaak, na razie umiem po hiszpańsku powiedzieć tylko Hola!, ale to się niedługo zmieni) i mam zamiar wykorzystać go, jak tylko się da!!!
   A dlaczego Meksyk? Ooo...to na pewno wie już każdy! Chociaż na początku myślałam o zupełnie innych krajach, Meksyk to cudowne miejsce z cudownymi ludźmi i pięknymi widokami, ostrym jedzeniem i świetnymi fiestami!

A, Ensenada..? Raj na Ziemi.

   Poza tym chciałabym, żeby po powrocie wszystkie plany i pomysły na przyszłość, które siedzą w mojej głowie choć trochę się uporządkowały.Mam nadzieję, że ten rok w Meksyku w tym wszystkim pomoże!
Australia
Szewczyk Marcin
2008-08-29
Miasto...............: Newcastle.
 Klub wysyłający.: RC Warszawa
 Klub przyjmujący: Rotary Club of Toronto
 Okres pobytu....: 16 sierpnia 2008 - 14 lipca 2009
 Kontakt.............: marcin1990@world.pl
O sobie...

    Nazywam się Marcin Szewczyk, mam 17 lat i jestem uczniem dwujęzycznej szkoły licealnej w Warszawie im. Mikołaja Kopernika (profil matematyczno-fizyczny). W chwili obecnej jestem na rocznej wymianie w Australii, Newcastle.

    Moje zainteresowania są bezpośrednio związane z zawodem, który chcę w przyszłości wykonywać, a mianowicie z zawodem pilota cywilnego. W powietrzu czuję się jak ryba w wodzie, uwielbiam to wrażenie. Obecnie jestem w trakcie wyrabiania zarówno licencji szybowcowej jak i samolotowej. Ale zmaganie się z powietrzem to nie mój jedyny kontakt z siłami natury. Uwielbiam również sporty wodne, żeglowanie, windsurging (a już niedługo surfing, bodysurfing i wiele innych). Zanim moje zainteresowania skierowały się w kierunku latania, moją pasją była muzyka. Gram na gitarze i w tej chwili traktuję ja czysto hobbistycznie.

    Czemu Australia? Wydaje mi się, że to pytanie nie wymaga szerszej odpowiedzi. Ten kraj, ta kultura, ten tropikalny klimat, te wieczne słońce, te kangury i misie koala, te palmy na ulicach, te kolorowe papugi na drzewach, te morze i warunki do sportów wodnych. Po prostu welcome on the second side of the world, welcome to Paradise!



Pierwsze wrażenia...                2008.08.27

   Jak już wspomniałem mieszkam na wschodnim wybrzeżu Australii w miejscowości Newcastle (ok 0,5 mln ludzi) w stanie NSW. Te cudowne miasteczko ma zarówno dostęp do jeziora, jak i do oceanu, a tutejsze plaże są porównywalne z tymi w Sydney. W tej chwili może nie jest zbyt ciepło, gdyż mamy tu teraz zimę i mówią, że to najchłodniejszy miesiąc od ok 50 lat. Oczywiście chłodny to pojęcie względne, bo wygląda to mniej więcej tak, jak nasz wiosna/lato z mroźnymi porankami. Dla jasności, chodzimy w krótkich spodenkach i T-shirtach w ciągu dnia.

   Szkoła? Wszystko tu wygląda zupełnie inaczej, ale w jak najbardziej pozytywnym sensie. Największy plus w porównaniu do naszej szkoły, to możliwość wyboru przedmiotów (nawet takie jak gotowanie, muzyka, stolarstwo, zajęcia teatralne, prawo, biznes). Nie jest ona zamknięta w jednym budynku ale jest to ogromny plac na otwartej przestrzeni z salami tematycznie umieszczonymi w poszczególnych budynkach (blok A, B, C itd.) Zupełnie inne podejście nauczycieli do uczniów i uczniów do nauczycieli, mniej formalne, łatwiejszy i bardziej przyjazny kontakt z profesorami, więcej wyrozumiałości.

   Ludzie? Za każdym razem, jak kogoś spotkamy w parze z pełnym entuzjazmu "Hello" idzie nierozłączne "How are you going today? How was your weekend?" Wszyscy są tak niesamowicie uprzejmi, pomocni dla siebie nawzajem a dla wymienców jeszcze bardziej. Wszyscy chcą nas poznać i od razu zabrać na plażę, do miasta, zaprosić gdziekolwiek. Prawie codziennie ktoś mi proponuje transport samochodem ze szkoły do domu. To są chyba największe wrażenia po spędzeniu tu pierwsze 1,5 tygodnia.

   Klub ? Jeśli chodzi o przyjmujący klub rotariański, to wszystko jest tu wręcz perfekcyjnie zorganizowane. Tego samego dnia co przyleciałem miałem już założone konto w banku, nowy australijski numer telefonu, zakupione adaptery na europejskie przejścia (których zapomniałem wziąć z domu) i poznałem połowę ludzi swojego klubu.Jak na razie byłem 2 razy na zebraniu Rotary i otrzymałem już tysiące zaproszeń na żagle, wycieczki do jakiegoś miasta, mecze itp. Jak ktoś z członków gdzieś się wybiera z rodzina zazwyczaj się pytają, czy nie chcielibyśmy się również zabrać. Tak więc wszyscy są bardzo pozytywnie nastawieni i robią wszystko, żeby nasz pobyt w tym uroczym kraju był jak najprzyjemniejszy i jak najbardziej owocny.



Po pierwszych 3 tygodniach...                   [2008.09.09]

    Trzy tygodnie za plecami a ja mam wrażenie, że jeszcze pierwszy się nie skończył. Może za dużo się nie wydarzyło w ostatnim czasie ale z każdym kolejnym dniem jestem coraz bardziej zakochany w tym kraju, odkrywając jego uroki.

    1 września to pierwszy dzień... wiosny! Ale ciągły, czterodniowy opad (czasami nawet z gradobiciem) nie przypominał zbytnio wiosny. Na szczęście słoneczko już daje o sobie znać i robi się ciepło. Jeśli chodzi o szkole, to się nie dzieje za dużo. Jak już wspomniałem rok szkolny idzie tu równo (prawie) z kalendarzowym, dlatego jestem teraz w Year 11 abym mógł od stycznia zacząć Year 12. Tak się miło złożyło że akurat dzisiaj rozpoczęły się egzaminy końcowe dla mojego roku i potrwają one 2 tygodnie. Dlaczego tak wcześnie skoro do końca roku jeszcze trochę czasu. W tej chwili kończy się Term 3. Potem 2 tygodnie ferii i Term 4, który jest już właściwie przejściem powoli w Year 12, który w tym czasie ma egzaminy HSC, czyli odpowiednik naszej matury. Jako że jestem tu dopiero 24 dni egzaminy mnie nie dotyczą, tak że na ten czas mogę sobie spontanicznie uczęszczać na lekcje obecnego Year 12. Ale żeby było zabawniej podjąłem się w najbliższy czwartek napisania egzaminów z matmy. Jestem nienormalny? Owszem! Ale cały materiał mam przerobiony, wiec dlaczego by nie spróbować.

    Z ciekawszych rzeczy, które tutaj przeżyłem, to oprócz wizyt w Reptile Park (kangury i misie koala!) i Central Coast, spotkania w Charlestown Square i kino z innymi wymieńcami, to również nie ominęło mnie spróbowanie kangura (tak, tak, przepyszny!), ewakuacja szkoły (niestety tylko w ramach treningu), pizza w czasie IPT (informatyka) oraz zabawa w kucharza (przygotowanie poczęstunku dla ponad 200 ludzi) w ramach zajęć szkolnych z Hospitality (to nie ma nic wspólnego z medycyna).
    Tutejsza szkoła naprawdę przyprawia mnie o zdumienie. Już wspomniałem, że lekcje są naprawdę przyjemne dla ucznia a kontakt z nauczycielem bardzo przyjazny ale z każdym następnym dniem jestem coraz bardziej mile zaskoczony. Uwielbiam tą społeczność.

   W pierwsza niedziele sierpnia Australijczycy obchodzą tu Dzień Ojca. Ja postanowiłem kupić swojemu host father kartkę, co bardzo go ucieszyło. Dlatego rada dla wszystkich obecnych i przyszłych wymienców. Nie lekceważcie takich dni, bo one naprawdę później procentują.

   Jedyne na co mogę jak na razie narzekać to (oczywiście poza pogoda) brak komputera w domu. Niestety moja host family go nie posiada ALE! Ale w sobotę załatwili mi jakiś stary złom (byle działał) i w tej chwili są w trakcie zakładania tu stałego łącza internetowego (są w trakcie bo parę przeszkód regularnie staje na przeszkodzie). Wciąż czekam i mam nadzieje ze wkrótce już będzie działał.

    I jeszcze jedna rzecz za która tęsknie. Transport publiczny w Warszawie, do którego tak się przyzwyczaiłem. W porównaniu do częstotliwości kursowania autobusów czy pociągów tutaj to wierzcie mi, jest wprost perfekcyjny!






Soccer, pobyt u prezydenta Briana Collinsa                 [2008.09.16]

    Tym razem nie miałem nawet chwili wytchnienia. W weekend zostałem zaproszony przez host family Shokiego (wymieniec z Japoni) na soccer game: Newcastle Jets vs. Sydney FC. Szkoda tylko, że nie padły żadne bramki a jedyne co się wydarzyło, to tylko czerwona kartka.
    Ledwo co się mecz skończył, my już jesteśmy na imprezie pożegnalnej Juana (Meksyk),który opuszcza ten przecudowny kraj w czwartek. Myślę, że imprezy nie ma sensu tutaj streszczać, powiem tylko, że było ciekawie. Następnego dnia, w drodze na przystanek, Jaun rozwalił sobie stopę rozbitą szklaną butelką na trawniku. Krwawienie było tak silne, że zabrali go do szpitala (prawdopodobnie noga zszywana). Ale jego reakcja była mistrzowska. Gdy się zorientował, że stoi właśnie w ogromnej kałuży krwi rzekł jak gdyby nic się nie stalo: "Shit. Hey guys! Look! I'm bleeding! What are we going to do now?" I się szczerzy do nas.

    Gdy wróciłem do domu nie spędziłem tam nawet godziny, bo przeniosłem się na parę dni do prezydenta Rotary Briana Collinsa. W szkole wciąż egzaminy, nic się nie dzieje wiec why not? W poniedziałek zabrał mnie do winiarni. On poszedł na jakieś spotkanie a ja postanowiłem przejść się na spacerek. Szedłem gdzie mnie nogi niosły czyli przedzieranie się przez pagórki, lasy, winorośle, krzaki, nawet jezioro. Gdy wróciłem po 2 godzinach spodnie były koloru żółtego od piasku (pod zlew w kiblu, 10 min na wietrze i słońcu i jak nowe) a byłem tak zmęczony, że ledwo podążałem jak mnie oprowadzał po wnętrzu winiarni.
 
   We wtorek Blackbutt Reserve czyli to z czego Australia słynie: kangury, emu, misie koala, papugi i wombaty. Później około lunchu spotkałem się po raz pierwszy z Alim (wymieniec z Turcji, przyleciał tydz. temu) i razem z nim Brian zabrał nas do Port Stephens, czyli plaże, góry, tarasy widokowe. Prawie zero zasięgu oprócz jednej góry gdzie staliśmy tuż pod anteną. W ogóle Newcastle jest takim magicznym miejscem,że ze swiecą szukac 500m prostego (w sensie poziomego) odcinka, pomijając freewaye. Także nietrudno o brak zasięgu. Co robią Australijczycy w takim wypadku? Różnorodność sieci komórkowych i zazwyczaj jedna nie działa, druga powinna mieć chociaż tą jedną kreskę zasięgu.

    No i w środę z powrotem do domu. A tam co?! Szok! Internet nareszcie działa! Ha! A wiecie dlaczego go nie było? Bo po tygodniu operator doszedł do wniosku, że na całej ulicy nie ma połączenia ADSL... Nikt nigdy tu nie próbował się połączyć ze światem wiec ...nikt o tym nie wiedział... No ale już jest i chwała im za to.






Gdy wróciłem do szarej szkolnej codzienności...                   [2008.08.20]

   Tak, internet był... przez 2 dni. A odzyskałem go 2 tygodnie temu. Dużo się w tym czasie wydarzyło, bo to były wakacje wiec może trochę się cofnę i zacznę od ostatniego opisanego wydarzenia.

   Gdy wróciłem do szarej szkolnej codzienności wciąż trwały egzaminy mojego roku, wiec jak wcześniej podążałem planem lekcji roku 12. Gdy dobiegły one końca nadal został jeden tydzień szkoły, i tak naprawdę ostatni tydzień dla mnie w Yr 11. A miał on bardzo mało wspólnego z nauką, bo ograniczał się on do omawiania egzaminów jak już mieliśmy lekcje.

W przedostatni dzień szkoły było oficjalne pożegnanie roku 12. Strasznie fajnie to było zorganizowane. Najpierw parę słów. na sali gimnastycznej, pokaz slajdów ze zdjęciami (w tym zdjęcia z teraz i z bardzo wczesnego dzieciństwa dla porównania), a potem oficjalne opuszczenie szkoły. Reszta szkoły ustawia się na całej długości, po obu stronach drogi wjazdowej do szkoły, a przez środek Yr12 oficjalnie opuszcza progi szkolne.. Oczywiście ponownie ich zobaczymy po wakacjach na egzaminach które będą pisać w szkole.


Tocal...                   [2008.08.27-28]

   Tocal to college znajdujący się jakoś 0.5h drogi samochodem od Newcastle, a jednocześnie spotkania wszystkich wymieńców naszego dystryktu, zarówno dla wymieńców, którzy przylecieli do Australii z całego świata jak i przeszłych i przyszłych wymieńców z Australii. Integracja, trochę informacji dla tych co wyjadą na przygodę swojego życia w styczniu i wspomnienia razem z tymi, którzy już ta przygodę przyszyli. Mnóstwo zabawy, gier, trochę zajęć w grupach, 3h bush dancing (następnego dnia ledwo chodziliśmy) i oczywiście nieograniczone jedzenie. Haha. Jedyny minus to to, że to miejsce to jakaś kompletna wieś z brakiem cywilizacji w promieniu paru kilometrów i oczywiście brak zasięgu w telefonie. Mimo wszystko zabawa przednia.


Wakacje...                   [ 29.09-12.10.2008]

   Poza wypadami na plaże i do Sydney (oczywiście na własna rękę. Dla informacji to jest ponad 2,5h pociągiem w jedna stronę i raczej Rotary nie jest zbyt chętne nas tam puszczać. No ale w innym wypadku nie mięlibyśmy okazji zobaczyć tego miejsca więc wszystko w naszych rękach. Powrót tego samego dnia, bo nam zostawać na noc jest kompletnie zabronione. Moja host rodzina zabrała mnie do uroczego miejsca zwanego Lightning Ridge na 5 dni . Po pierwsze nie polecam podroży po Australii w nieklimatyzowanym samochodzie. To samobójstwo, które chyba przeżyłem. Jechaliśmy z karawanem ale był on stary i nie zarejestrowany więc Jeff wsadził go na swoją ciężarówkę(jest mechanikiem wiec posiada holówke) i tak podróżowaliśmy niecałe 600-700 km.
    Pierwszej nocy zatrzymaliśmy się na noc w Motelu w Madgee. Tam moja rodzina zakupiła zapas win, bo to jest rejon z ogromna ilością winiarń wokół. Potem w drogę do LR. Ciekawe miejsce. INNE. A może właśnie pokazuje prawdziwa Australię? Nic wokół. "Doborowe" warunki mieszkalne. Na miejscu były 2 stare, już nieużywane karawany, my dojechaliśmy z 3 i one były używane jako sypialnie (ja miąłem cały tylko dla siebie). Toaleta to 15m dół. dzięki czemu tak nie śmierdziało. Przez pierwsze dni pogoda była znośna,bo było dość gorąco ale przez następne 3 nieustannie padało. A to wszystko jest traktowane raczej jak domek letni, co jakiś czasu milo jest tam pojechać na wakacje.
   Każdy dzień wygląda jak niedziela, żadnego pośpiechu, odcięci od świata (i chyba właśnie dlatego dużo osób które chcą "zniknąć" z wielkiego świata jada tam u ucinają wszystkie kontakty). Żyć nie umierać... Pytanie: jaka jest populacja Lightning Ridge? Nikt nie wie. Inna jest liczba ludzi prawnie zarejestrowanych i biorących udział w glosowaniu, inna jest liczba ludzi posiadających skrytki pocztowe na poczcie, a inna ilość członków miejscowego klubu. Różnice w nich są znaczne ale oczywiście ta ostatnia największa.

   Po wakacjach niestety powrót do szkoły. Automatycznie pogoda się popsuła. 20.10.2008 był u nas w szkole Blood Bank, czyli możliwość oddania krwi. Oczywiście się zgłosiłem. W autobusie siedziałem 1,5h czekając a samo pobranie krwi (niecałe 0.5l), czyli leżenie z igła w żyle zajęło 8 min, co i tak jest dobrym czasem :) Zauważyłem też ze cześć osób dostawała jakieś breloczki i pinsy po oddaniu krwi. Jako wymieniec zbieram wszystkie takie gadżety, wiec się upomniałem. Niestety dostają je tylko osoby które oddały co najmniej 3 razy krew. Dlatego dostałem długopis z napisem -Thank you for 25 donations- przebiłem wszystkich.



Swedish party (11.10.2008) ...                   

    Izabel postanowiła urządzić Swedish Party w czyli kicz imprezę w swoich narodowych kolorach. Byłem jednym z pierwszych no i załapałem się na malowanie twarzy xD Co się okazuje później, w pewnym momencie było więcej dorosłych (rotarian) niż nas, wymienców, ale oni nas zdecydowanie przebili z przebraniem. Myślałem ze będę padnę ze śmiechu na widok paru z nich. Mimo wszystko zabawa przednia, ludzie z przeogromnym poczuciem humoru. Niestety musieliśmy wracać o 11 w nocy bo w przeciwnym wypadku nie miałby kto nas odwieźć.



18th B'day (24.10.2008) ...                   

   Jako że moje osiemnaste urodziny są 29.10, a wymieńca z Turcji (Ali) 21.10, nasze kluby postanowiły zorganizować wspólne przyjęcie, a odbyło się ono w piątek 24.10. Ale bardziej będę musiał to nazwać "spotkaniem" gdyż, gdyby nie to że zaprosiłem paru wymienców (zarówno inbounds jak i inbounds), to chyba zanudziłbym się na śmierć. Ok 30 rotarian i nikt nie pomyślał, żeby zorganizować muzykę. Ale mimo wszystko miło było znów zobaczyć wszystkie te twarze i spędziliśmy ten wieczór względnie mile. Musze jeszcze wspomnieć o niespodziewanym prezencie od Rotary, który otrzymałem zarówno ja jak i Ali – wspinaczka na Habour Bridge! Już się nie mogę doczekać.



Port Macquarie (24-26.10.2008) ...                   

   Tego samego wieczora całe to spotkanie opuściłem względnie wcześnie, gdyż razem z Felixem (Niemcy) i jego host rodziną pojechaliśmy do Port Macquarie, gdzie znajduje się ich nazwijmy to "domek letni", czyli po prostu stara posiadłość, do której od czasu do czasu wracają. Celem tego wszystkiego był głównie prezent dla Felixa (skończył osiemnastkę 13.10) którym się okazały lekcje serfowania. Niestety silny wiatr na to nie pozwolił ale oczywiście nie przeszkodził nam w kąpieli. A w tamtych plażach jestem po prostu zakochany: cieplutka i czysta woda (oni powiedzieli ze to normalka, a ja na to, że niech pojadą nad Bałtyk to zrozumieją :, wysoka woda tak że spędzaliśmy po parę godzin dziennie w wodzie.
    W czasie ostatniej kąpieli dałem się trochę porwać jednej z większych fali praktykując tzw. Bodysurfing. Skończyło się na tym, że nie mogę teraz skręcać głowy w lewo ale mam nadzieje, że to tylko nadwyrężone mięśnie w karku. Okaże się... Oczywiście mam nadzieje jeszcze do tego cudownego miejsca powrócić.
..NOWOŚCI
Najnowsze wpisy i zdjęcia...
2008-08-30



Tu można zobaczyć informacje o najnowszych materiałach i zdjęciach.
Korczyński Gracjan USA - ALASKA ( zdjęcia+ tekst ) 2009.03.08
Sieczkowska Dominika MEKSYK ( tekst) 2009.03.05
Korczyński Gracjan USA - ALASKA ( zdjęcia ) 2009.03.03
Kozioł Aleksandra BRAZYLIA ( zdjęcia + tekst ) 2009.03.01
Kozioł Aleksandra BRAZYLIA ( zdjęcia ) 2009.03.03
Soboń Mariola BRAZYLIA (zdjęcia ) 2009.02.27
Sieczkowska Dominika MEKSYK (zdjęcia + tekst) 2009.02.20
Karlovska Lena BRAZYLIA (zdjęcia + tekst ) 2009.02.20
Matejko Dominika MEKSYK (zdjęcia) 2009.02.20
Łatko Paulina MEKSYK (zdjęcia ) 2009.02.20
Kozioł Aleksandra BRAZYLIA ( Wycieczka po Brazylii,zdjęcia + tekst ) 2009.02.02
Sukiennik Albert BRAZYLIA (zdjęcia + tekst ) 2009.01.28
Głogowska Marta USA ( zdjęcia + tekst ) 2009.01.31 : Święta, Zima
Kuźniak Angelika USA (zdjęcia + tekst) 2008.12.30 BOGATY MATERIAŁ
Tarnowska Paulina EKWADOR ( 42 zdjęcia + tekst ) 2008.12.30 WARTO ZOBACZYĆ i PRZECZYTAC !!!
Żarska Natalia MEKSYK (zdjęcia)
Soboń Mariola BRAZYLIA (zdjęcia + tekst )
Górka Patrycja
Szwaj Magdalena
Szuba Kinga
Mućko Filip Zbigniew
Banaszkiewicz Iga
Kruk Michał
USA
Różycka Anna
2008-09-06
Miasto...............: Bloomington, USA Indiana
 Klub wysyłający.: Rotary Club Łódź
 Klub przyjmujący: Rotary Club Bloomington
 Okres pobytu....: sierpień 2008 – lipiec 2009
 Kontakt.............: anna.rozycka@op.pl

O sobie ...            

    Nazywam się Anna Różycka i przez następne 11 miesięcy będę mieszkała w USA w miasteczku Bloomington w stanie Indiana. Pochodzę z Łodzi, gdzie uczę się w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej I i II st. im. H. Wieniawskiego. Obecnie mam 16 lat (od Listopada 17).

    Moje hobby to przede wszystkim muzyka. Gram na harfie i fortepianie od 5 lat oraz śpiewam w chórze . Uwielbiam słuchać muzyki. Zwłaszcza Brytyjskiego alternatywnego rocka. Czasem jazzu albo klasyki. No i kocham chodzić na koncerty. Zarówno rockowe jak i klasyczne. Bardzo lubię chodzić do kina , teatru . Kocham musicale , opere i balet. Uwielbiam spotykać się z przyjaciółmi.

    Do USA chcę jechać z wielu powodów. Min. ponieważ chcę perfekcyjnie nauczyć się angielskiego, podszkolić grę na harfie, poznać nowych ludzi i nowe kultury , zobaczyć nowe miejsca , usamodzielnić się no i rozejrzeć się za uniwersytetami.

Meksyk
Tokaj Inez
2008-08-12
Miasto...............: Tampico
 Klub wysyłający.: Rc Kraków Wanda
 Klub przyjmujący: RC Tampico
 Okres pobytu....: sierpień 2008 - lipiec 2009
 Kontakt.............: ineza15@vp.pl

O sobie ...            

    Nazywam się Tokaj Inez. Mam 17lat .Chodzę do VI LO w Krakowie, które słynie jako typowe liceum językowe. Tam właśnie wybrałam profil hiszpański. W tym roku skończyłam tzw. zerówkę hiszpańską czyli bardzo intensywny kurs tegoż cudownego języka- 18 godzin tygodniowo.

    Obecnie przebywam w pięknym mieście tuż nad Zatoką Meksykańską, w Tampico. Przyleciałam 28.07, moja podróż trwała 23 godziny. Miałam 4 loty poczynając z Krakowa do Warszawy, następnie z Warszawy do Frankfurtu, z Frankfurtu do Mexico D.F, i ze stolicy do Tampico. Moja podróż przypadła na dosyć niefrasobliwy dzień, 28.07, kiedy to linie lotnicze którymi podróżowałam (nie wiem, czy można tu podać nazwę?), Lufthansa,rozpoczęły strajk. Mimo wszystko udało się zrealizować część lotów, i ja miałam to szczęście, że poleciałam.. W Mexico D.F przeżywałam chwile kryzysu w oczekiwaniu na podbicie wizy, co trwało około 1 godziny a następny samolot miałam niebawem. Tutaj także wszystko się udało i o dziwno nie spóźniłam się.

   Na lotnisku w Tampico oczekiwało mnie spore grono; dlatego bardzo mile wspominam przyjęcie mnie. Jako że uwielbiam podróżować samolotem, nie cierpiałam tu jak nas straszono na żadną chorobę po podróży i zaaklimatyzowałam sie natychmiast.



Miną pierwszy miesiąc...                 [2008.09.02]

Minął miesiąc od mojego przybycia do Tampico.. jak niesamowicie szybko to upłynęło. Wszyscy znajomi, rodzina zadają mi pytania, jak tu jest, czym się różni Meksyk od Polski..
   Cóż, tak naprawdę ciężko to opowiedzieć, tu wszystko jest inne. Inni ludzie, inne domy, inne samochody, inne szkoły, inne posiłki, inny świat. Nie lepszy, nie gorszy po prostu inny.

Moja pierwsza rodzina...
>     Moja pierwsza rodzina to hostpapa Juan Luis, hostmama Angelica, hostsiostra Ania- 30lat oraz hostbrat Christian- 17lat. Przez pierwsze dwa tygodnie nie chodziłam do szkoły, ponieważ moi rodzice w ostatniej chwili zdecydowali o jej zmianie i należało załatwić wszystkie dokumenty. W tym czasie każdego dnia Christian organizował nam czas tak, bym mogła poznać jak najwięcej jego znajomych, najfajniejsze miejsca w mieście, najładniejsze plaże, najlepszą kuchnię meksykańska. Wręcz postawił sobie za cel, abym dzięki niemu przytyła! A muszę przyznać że tutejsze jedzenie smakuje mi bardzo.

Szkoła...
>     Od prawie dwóch tygodni uczęszczam do jednej z najlepszych meksykańskich szkół IEST-u. Obowiązkowo muszę nosić mundurek, którego nie lubię. W szkole spędzam codziennie 7 godzin lekcyjnych, we wtorki 8.., to bardzo dużo w porównaniu z moją szkołą w Polsce. Dodatkowo mam też zajęcia z tańca, 2 razy w tygodniu po 1,5h. I 3-4 godziny kursu hiszpańskiego dla obcokrajowców na poziomie zaawansowanym.

Klub Rotary......

    W pierwszym tygodniu zabrano mnie również do Klubu Rotary, który mieści się tu w ekskluzywnym Kasynie. Tam też wraz z Christianem udzieliliśmy pierwszego wywiadu do gazety. Dziennikarka odwiedziła nas również w domu, a nasze zdjęcia ukazały się na pierwszych stronach gazet.

Meeting w Nuevo Laredo.........

    Dwa tygodnie temu, w czwartek wszyscy z Tampico (wymiany) pojechaliśmy do Nuevo Laredo na pierwszy meeting. Było cudownie. Choć podróż trwała ok. 10 godzin bawiliśmy się świetnie. W końcu mogłam porozmawiać po polsku z Marceliną Barcikowską, która przyleciała niedawno również do Tampico. (Niestety nie chodzimy do tej samej szkoły). Z dworca odebrały nas nasze rodziny z Nuevo Laredo. Miałyśmy z Marcelina szczęście, trafiając do tego samego domu przemiłej Carmelity.
   W piątek z samego rana mieliśmy pierwsze spotkanie z wszystkimi wymieńcami z całego dystryktu oraz prezydentem miasta Nuevo Laredo. A później inne atrakcje. W sobotę rozpoczęliśmy dzień od wspólnego posiłku w restauracji, gdzie Jean-Yves Gauthé i Liliana zaprezentowali nam również zdjęcia z Ruta Maya i innych wycieczek naszego dystryktu.
   Następnie pojechaliśmy do posiadłości jednego z Rotarian, gdzie wszyscy mogli się bawić, korzystając z boisk do gry, basenu oraz licznie serwowanych nam przysmaków. Przybył również Gubernator RC, którego mogliśmy osobiście poznać, oraz prezydent N.L. Ja wraz z 4 innymi osobami udzielałam wywiadu do telewizji, jako że jestem jedną z niewielu osób z wymiany, która mówi po hiszpańsku.
   Z okazji urodzin Liliany, które przypadły akurat na ten dzień, reprezentacja każdego państwa śpiewała Sto Lat w swoim języku, oraz międzynarodową piosenkę ¨Panie Janie, panie Janie pora wstać..¨.
   Nas z Polski było 4. Ja, Marcelina, Asia i Ania. Do Tampico wróciłyśmy w niedzielę. A w poniedziałek pożegnałam mojego kochanego brata Christiana, który poleciał na swoja wymianę do Francji. Już czekamy na chwilę, gdy po moim powrocie do kraju, a jeszcze w trakcie jego wymiany, będziemy się mogli spotkać w Polsce.
..BLOGI
Linki do blogów
2008-09-07

Tu znajduje się wykaz linków do blogów, które prowadzicie i chcecie je udostępnić dla innych.
Mućko Filip.............USA___________: mój blog
Dropko Hanna............MEKSYK________: moj blog
Szuba Kinga.............BRAZYLIA________: moj blog
Cieślak Maciek..........USA________: moj blog
Wysoczańska Olimpia.....USA________: moj blog
Bartkiewicz Bartek......USA___________: mój blog
Banaszkiewicz Iga.......BRAZYLIA_____: mój blog
Gugałka Mateusz.........USA___________: mój blog
Brazylia
Straczycka Zofia
2008-09-25
Miasto...............:   Pirapora   
Klub wysyłający...:   RC Wrocław Centrum 
Klub przyjmujący..:   Pirapora-Praia Rotary Club   
Okres pobytu......:   sierpień 2008 - czerwiec 2009  Kontakt.............:    
zoffioza@hotmail.com  




Na początek o wszystkim...                   [2008.09.24]

    Mieszkam w Pirapora, baardzo małej mieścince,co mi z reszta bardzo odpowiada.Ludzie są przemili, dotyczy to zarówno rodziny jak i kolegów z klasy. Nie mam żadnych problemów,chodzę na lekcje portugalskiego i mam już za sobą pierwszą klasową wycieczkę- Vale w Marianie. Vale to główna przetwórnia surowców mineralnych w Brazylii i także jedna z większych na świecie.

   Staram się nie rozpłynąć z powodu temperatury, która osiąga w ciagu dnia ok 37°,a w lecie (które dopiero się zaczyna) mam zamiar zakopać się na plaży nad rzeką, żeby jakoś przetrwać.Ale oczywiście są tego dobre strony- moja koleżanka z klasy powiedziała, że jak przyleciałam byłam biała , a teraz jestem czarniejsza od niej!

   No i szkoła też nieco różni się od naszej. W Polsce mogłam przeczekać te osiem lekcji i lecieć do domu, a tu mamy lekcje poranne i popołudniowe. Przy czym jedna lekcja trwa 50 minut i jest tylko JEDNA przerwa! Po lekcjach porannych idziemy do domu na lunch i wracamy do szkoły o 13.50.

   Za tydzień jedziemy na kolejną wycieczkę.



Wróciłam z tygodniowego pobytu w Porto Seguro...                   [2008.10.20]

    Właśnie wróciłam z tygodniowego pobytu w Porto Seguro, pięknej turystycznej miejscowości położonej nad morzem (jakieś 20 godzin drogi autokarem z Pirapora).Już podczas podróży zaczęły się wesołe przygody-skrzynia biegów zaczęła szwankować i stanęliśmy na pustkowiu zdani tylko na siebie.Na lewo krowy,na prawo krowy i stary brazylijski cowboy na swym wiernym rumaku.Na szczęście był pochmurny dzień. (co się tutaj rzadko zdarza),gdyby nie to pewnie byśmy się rozpłynęli! Za to chłopcy szli w deszczu pod górkę, żeby odciążyć autobus i po kilku próbach udało nam się wreszcie i pojechaliśmy dalej.

    Na miejsce dotarliśmy zamiast o 9 rano to o 14 w południe i wszyscy odrazy popędzili na plażę. Ach...plaża i "axe moi" (asze mua)! Axe to typowa brazylijska muzyka,przy której bawiliśmy się tam dzień. i noc. W ciągu dnia wylegiwaliśmy się na plaży obskakiwani przez rożnych handlowców (a to śliczne bransoletki i kolczyki,a to woda prosto z kokosa,a to tatuaż z henny czy warkoczyki...),kąpaliśmy się w morzu atakowani przez olbrzymie fale i oczywiście skakaliśmy pod scena,na której królował (albo królowała-jak kto woli) BUTTERFLY!-facet przebrany za kobietę ze swoja grupa tancerzy. Oprócz niego było jeszcze kilku zabawiaczy publiczności, ale on był najbardziej efektowny.

    Każdego wieczoru był show,na który trzeba było kupić bilet i dostawało się koszulkę, która była warunkiem żeby dostać się do środka .Tak wiec drugiego dnia (bo na pierwszy show niestety nie poszłam) był koncert CHiCLETE COM BANANA (guma z bananem -śmieszna nazwa jak dla mnie) i TOMATE (pomidor) ,przy czym drugi zespól koncertował na takim wielkim wozie jeżdżącym powoli dookoła placu,na którym odbywał się show i wszyscy za nim podążaliśmy tanecznym krokiem ubrani w jednakowe koszulki. Fantastyczne przeżycie- jak na karnawale!

    Show drugiego dnia wyglądał mniej więcej tak samo ,tylko oczywiście inny wykonawca-IVETE.W czwartek o 22 poszliśmy, a raczej popłynęliśmy, na wyspę .Tłum ludzi zapakował się na małą barkę i 10 minut później byliśmy na miejscu.Ach co za przeżycie ! Na lewo miłośnicy transu i electro (zdecydowanie nie je),na wprost pierwszy bar, na prawo długi deptak prowadzący do głównej sceny,a po drodze wielkie akwaria z rożnymi stworzeniami wodnymi (homary,olbrzymie rekiny i płaszczki...),kilka kolejnych barów, stragany z pamiątkami, scena w kształcie statku i grające skrzypce i wreszcie główna scena (oczywiście Axe),a po lewej budynek z muzyka HOUSE. Świetnie się bawiliśmy i koło 4 rano wróciliśmy zziajani do hotelu. W piątek większość pojechała do olbrzymiego aquaparku, żeby spędzić tam calutki dzień. Mnie niestety tam nie było, ale przesyłam zdjęcia znajomych. Podobno było fantastycznie, scena z muzyka na żywo, a pod nią basen.

    Wiec w piątek z dziewczynami z pokoju podziwiałyśmy boskich tancerzy i butterfly na axe moi. W sobotę planowy wyjazd był o 17 ,wiec do 16 siedzieliśmy na plaży. Podroż minęła jak w oka mgnieniu teraz jestem znów w Pirapora, o wiele czarniejsza niż przedtem i bogatsza o wspaniale wspomnienia. Mój portugalski jest coraz lepszy(w Porto Seguro nie było mojego przyjaciela, który mówi po angielsku,a mimo tego jakoś sobie poradziłam !.Wprawdzie więcej rozumiem niż potrafię powiedzieć ,ale nauczę się. Z każdym dniem coraz bardziej przywiązuje się do ludzi i już teraz wiem ,ze będzie mi bardzo ciężko ich opuścić.


Jutro mija drugi miesiąc...                   

    Jutro mija drugi miesiąc odkąd tu przyjechałam a ja czuje się jakbym tu była co najmniej pół. roku. To niestety działa też w druga stronę i czuje się jakbym tak samo długo nie wdziała mojej polskiej rodziny. No ale prędko ich nie zobaczę i muszę się z tym pogodzić. W końcu o to chodzi w tej całej wymianie!
Brazylia
Kozera Piotr
2008-09-07

Miasto...............: Belo Horizonte
Klub wysyłający.:  
RC Toruń 
Klub przyjmujący:  Rotary Club de Campos Altos    
Okres pobytu....:   sierpień 2008 – lipiec 2009 
Kontakt.............:  
piotrek11@wp.pl  





Pierwsze 2 miesiące ... [2008.09.13]

    Pierwsze 2 miesiące były bardzo ekscytujące i pełne wrażeń. Nowi ludzie , nowa rodzina i nowe jedzenie. W pierwszym tygodniu spotkałem całą rodzinę i wszyscy są wspaniali . Mam dwóch wujków, którzy są wielkimi kibicami `Clube Atletico Minero - GALO` i przez to też stałem się kibicem! W Polsce nie miałem żadnego ulubionego klubu , więc to dla mnie duża zmiana .

    Po pierwszym tygodniu wrażeń nadszedł czas na spotkanie rotary i poznanie innych wymienców . W moim klubie mam 5 wymienców z Kanady , Finlandii , Francji i dwójkę z Japonii.

    Po cudownych 3 tygodniach odpoczynku i relaksu przyszedł czas na SZKOŁĘ , która bardzo się różni od mojej polskiej szkoły. W klasie wszyscy mnie wypytywali o Polskę i moje miasto . To było bardzo mile uczucie ,że chcieli się dowiedzieć bardzo różnych rzeczy o mnie i o moim kraju . Usłyszałem bardzo dziwne pytania i jeszcze dziwniejsze reakcje na niektóre pytania .

    W pierwszym miesiącu miałem okazję pojechać do Vitorii , miasta nad oceanem ,i zakosztować brazylijskiej plaży . Leżąc na plaży popijałem wodę kokosową i się niemiłosiernie leniłem !! Język portugalski - wymowa bardzo się różni , ale język bardzo łatwy , z czego bardzo się cieszę!

    W ostatnich dniach było powyżej 30 stopni w cieniu ,a to jest ZIMA ! 10.09.08 - Koncert `the Scorpions`- było ROCKowo i dali czadu.

    Cieszę się, że wybrałem Brazylię.


USA
Kruk Michał
2008-10-25
Miasto...............: Bedford, MA
Klub wysyłający.....:  RC Kraków WANDA
Klub przyjmujący....:  RC Bedford, MA
Okres pobytu........: 21 sierpień 2008 - lipiec 2009
Kontakt...............: 
misiek.kruk@gmail.com
 




O sobie...

   Nazywam się Michał Kruk, mam 17 lat i jestem uczniem Liceum Ogólnokształcącego w Centrum Edukacyjnym Radosna Nowina 2000 w podkrakowskich Piekarach. W tym roku ukończyłem pierwszą klasę (profil biologiczno-chemiczny z poszerzonym angielskim...). Interesuję się historią, geografią, militarystyką, historią sztuki oraz filatelistyką (wiem, ze to dziwna kombinacja, ale cóż). W wolnych chwilach gram w tenisa, pływam na basenie i czytam przeróżne książki o tematyce historycznej.

   Dlaczego jadę na wymianę? Od zawsze uwielbiałem podróże. Zwiedziłem "prawie" całą Europę i teraz przyszedł czas na coś nowego, bardziej ambitnego. Czas na Amerykę. Powodów jest na pewno wiele, więc szkoda ich tu wszystkie wymieniać. Podam najważniejsze. Podszlifować język oraz poznać nową kulturę, ludzi i zawrzeć nowe przyjaźnie na całe życie.



Podróż...                   [2008.08.21]

   21 sierpnia 2008 mój D-Day. O 7.40 zjawiłem się na lotnisku w Balicach. Miałem dokładnie godzinę do wylotu, ale wcześniej trzeba było znaleźć celników i zapytać się czy przepuszczą mnie przez bramki w Monachium z moja marynarka z przypinkami. Ok, nie ma problemu. Teraz tylko nadać bagaż i czekać. Od wyjścia na płycie lotniska do samolotu było niecałe 50 metrów, ale i tak musieliśmy zostać podwiezieni przez autobus, no cóż przepisy... Byłem przekonany, że już w samolocie pożegnałem się z polskim, jak się później okazało myliłem się.

   Do Monachium doleciałem bez problemu (był to mój pierwszy lot w życiu). Lotnisko to prawdziwy moloch (na szczęście mniejsze niż Frankfurt...). Teraz tylko znaleźć bramkę H 04 i gotowe. Wyglądało prosto, i chyba takie było. Nie miałem pojęcia gdzie iść, wiec ruszyłem za tłumem z samolotu. Odprawa paszportowa przebiegła bez problemu. Teraz miałem "tylko" 5 godzin czekania na samolot do Bostonu. Udałem się wiec do sklepu, aby kupić sobie coś do jedzenia. Kasjerka poprosiła mnie o paszport i zaczęła rozmowę po polsku. Byłem w szoku. Bramki: minąłem bramki "F", później zaczęły się pojawiać bramki np. "G 25" i inne. H jest w alfabecie po G, więc szedłem dalej... W końcu gdzieś w oddali pojawił się malutki napis "Gate H 44". Korytarz zakończony był na bramce "H 08", dalej były tylko szklane drzwi. Zapytałem się, kiedy je otworzą. W odpowiedzi usłyszałem, że godzinę przed odlotem. Miałem więc jakieś 4 godziny na zwiedzenie nowego terminalu, jednak wycieczka zajęła mi "aż" pół godziny. Nie miałem nic do roboty, wiec dosiadłem się do stolika, przy którym siedzieli pracownicy lotniska.

   Widok dziecka z ręką w szynie (wypadek dwa tygodnie przed wylotem....) oraz marynarka z mnóstwem różnych przypinek na pewno ich zaintrygował. Zadali mi na początku parę pytań, które później przerodziły się w żywą rozmowę. Czas szybko zleciał i bramki zostały otwarte. Odebrałem bilet, a obsługa lotniska, zapytała się, czy nie chciałbym przypadkiem wejść na pokład samolotu, jako pierwszy, aby uniknąć jakiś kłopotów z ręką. Byłem zaskoczony tą propozycją, podziękowałem i powiedziałem, że zaczekam na wszystkich...

   Podróż do Bostonu też minęła bez żadnych problemów. Teraz tylko musiałem znaleźć host rodziców... Jednak i to nie okazało się trudne. Host tata po prostu podszedł do mnie i zapytał się czy jestem Michał, a ja potwierdziłem to i udaliśmy się do auta. Mój lot, jak się okazało na miejscu trwał 17 godzin. Z Bostonu do Bedford podróż zajęła nam około 25 minut autostradą (po cztery pasy w każdą stronę)



Host rodzina i pierwsze wrażenie...                   [2008.08.21]

    Host "rodzice" (patrząc na ich wiek powinno się raczej zastosować słowo: dziadkowie), to bardzo sympatyczni ludzie. Z zawodu (jak się dowiedziałem po trzech tygodniach...) są właścicielami niedużej drukarni. Kevin ("tata") to miłośnik historii i militariów (trafił swój na swego), w latach 50-tych służył jako żołnierz w RFN. Ellen "mama" piecze przepyszne ciasteczka (pół miasta zazdrości mi, że tam mieszkam). Mam również dwóch host "braci" (oboje po ponad 30 parę lat). Jeden jest policjantem, a drugi jest współwłaścicielem drukarni.


Pierwsze nieoficjalne spotkanie z klubem i wizyta nad oceanem ...  [2008.08.24]

   Dziś z rana moi nowi rodzice zabrali mnie do Rockport nad Oceanem Atlantyckim. Podróż zajęła nam jakieś 45 minut. Najpierw odwiedziliśmy ich rodzinę. Mają nowy dom, tuż obok urwiska nad oceanem. Długo u nich nie zabawiliśmy, bo śpieszyliśmy się na grillai nieoficjalne spotkanie klubu.

   Celem naszej podróży był były kamieniołom. Nikt, kto to zobaczy to miejsce w to nie uwierzy. Wygląda prawie jak z raju... Czas mijał na rozmowie ze wszystkim, a nowi goście ciągle się pojawiali. Atmosfera była bardzo rodzinna. Grałem w bulle (jak się później okazało z sekretarzem klubu) i przepłynąłem się na rowerku wodnym po jeziorze. Wszyscy zadawali mi dużo pytań, o rodzinę, kraj i różne rzeczy. Któryś z rotarian powiedział, że jego ojciec pochodził z Krakowa, wiec przy następnym spotkaniu opowiem mu o moim mieście.


USA
Wisniewska Kamila
2008-10-22
Miasto...............:  Grosse Pointe Park   
Klub wysyłający...:   RC Warszawa
Klub przyjmujący..:  
RC Grosse Pointe
Okres pobytu......:   sierpień 2008 - czerwiec 2009  Kontakt.............:    
k.wisniewska@hotmail.com


O sobie...                   [2008.10.25]

   Nazywam się Kamila Wiśniewska i jadę na wymianę do USA. Mam 17 lat I chodzę do Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Warszawie. Jestem w klasie z Matura Międzynarodową IB. Wyjeżdżam do Grosse Pointe Park, miasta położonego niedaleko Detroit.

   Jednym z moich największych zainteresowań jest sztuka. Lubię tez sport. Tańczę salse, pływam, jeżdżę na nartach i desce, pływam na windrurfingu.
nbsp;  Interesuje się także teatrem. A w szczególności międzynarodowymi projektami, które są super przygoda.

   Wyjeżdżam na wymianę, bo zawsze było to moje marzenie. Pomijając to, ze nauczę się języka angielskiego, będzie to dla mnie niesamowite przeżycie i dobre doświadczenie. Poza tym, chciałabym poznać ludzi z całego świata i dowiedzieć się czegoś o ich kulturze.



Podróż ...                   [2008.08.20]

   Moja podróż była trochę skomplikowana Głownie dlatego, ze przed przyjazdem do USA odwiedziłam moja rodzinę w Anglii i Kanadzie. 10 sierpnia wsiadłam w samolot, który zawiózł mnie do Bristolu. Nastepnego dnia wsiadłam w drugi samolot, którym poleciałam do Kanady, gdzie spędziłam tydzień. Mieszkałam u mojej rodziny. Przez to, ze ich miasto-London, znajdowało się tylko 2 godziny od mojego docelowego - Grosse Poitne Park, moja rodzina postanowiła, ze pojedzie tam ze mna:P Wiec 17 sierpnia przekroczyliśmy granice kanadyjsko-amerykańską i ruszyliśmy w stronę Detroit.

   Wszystko było w porządku dopóki nie znaleźliśmy się w samym Detroit. Gdy zobaczyłam jak wygląda to miasto, chciałam wracać do Polski. Wszędzie były śmieci, budynki się rozpadały i nigdzie nie było widać ludzi. Ale nagle, w ciągu jednej sekundy wyjechaliśmy z horroru do bajki (jak to ujęła moja kuzynka). Autentycznie, to była jak granica, wszystko się zmieniło. Wszystko. Dookoła było zielono, wszędzie było czysto, ładnie, domy były ogromne... Tak właśnie wygląda miasto w którym teraz mieszkam....A Detroit przeraź każdego. Nawet moi znajomi wola tam nie jeździć po 10pm.

   Moja host family okazała się być bardzo mila. Ale musze przyznać, ze było mi o wiele łatwiej ich poznać, kiedy była ze mną moja rodzina z Kanady. Teraz mam jedną host-sister, która ma 14 lat i chodzi ze mną do szkoły. Oprócz niej mam jeszcze 11-sto letniego brata, który chodzi do middle school.


Pierwszy dzień w szkole ... ...                   [2008.08.20]

   Był trochę przytłaczający... Po pierwsze dowiedziałam się, ze przerwy trwają tylko 7 minut, co oznaczało, ze musiałam szybko przemieszczać się z klasy do klasy (na początku musiałam podróżować z mapa, bo ta szkoła jest taka wielka). Okazało się, ze jest to dla mnie niemożliwe, wiec przez pierwsze dni spóźniałam się prawie na każda lekcje. Co gorsza, nie umiałam posługiwać się moja szafka. Zajęło mi to chyba tydzień, żeby nauczyć się otwierać szafkę w ciągu kilku sekund Na szczeście teraz nie mam już z tym żadnego problemu Podczas przerwy mam nawet czas na rozmowę z innymi ludźmi...

   Druga rzeczą, która mnie zaskoczyła w amerykańskiej szkole SA lekcje. A raczej plan lekcji. Po pierwsze, mogłam tutaj sobie wybrać lekcje jakie tylko chciałam (oprócz American Literature i US History, które SA proponowane foreign exchange students). Każdy uczeń ma tu przydzielonego counselora, który pomaga mu wybrać przedmioty, które są mu potrzebne do skończenia szkoły. W dodatku oprócz tych podstawowych przedmiotów, do których byłam przyzwyczajona w Polsce (tj. matma, geografia, biologia) mogłam sobie tu wybierać spośród przediomtow jak: fotografia, sztuka, ceramika, malowanie, rysowanie, psychologia, ekonomia, socjologia, gotowanie, przyrządzanie deserów, teatr, a nawet taniec. Maja tu tez taka lekcje jak tutorial, która polega na tym, ze przychodzisz do klasy i uczysz się sam (np. Odrabiasz lekcje). I chociaż jest to bardzo luźna lekcja i większość ludzi słucha podczas niej swoich ipodow lub po prostu śpi (jeśli ma tutorial na pierwszej godzinie, tak jak ja) to i tak jest to obowiązkowe i musisz się na niej pojawiać...Moje lekcje to: Tutorial, Spanish, American Literature, Lunch (trwa ok. 45 min), pre-Calculus, US History, Pastry I Biology. W drugim semestrze zamiast tutorial będę miała Fashion and Fabrics, a zamiast Pastry- Psychology.


Homecoming...                   [2008.08.20]

   To jest jedna z wielu rzeczy, która oni się tu strasznie podniecają. Wszyscy byli strasznie podekscytowani przed tym całym „Spirit Week”. Generalnie trwało to cały tydzień, a zakończyło się homecoming dance w sobotę 10/03/08 (czyli 3 października, oni tak Pisza daty, ze miesiąc zawsze jest przed dniem...). Od poniedziałku do czwartku każda klasa (rocznik) miała swój spirit day. Najpierw juniorzy, później sophomores, freshmen, a na końcu seniors. Każda z nich miała swój temat, jak np. Heroes, Desserts etc. W poszczególnych dniach, każdy rocznik ubierał się tematycznie, a przed lekcjami dekorowali szkole plakatami zrobionymi na float parties (które zaczęły się już pod koniec wakacji).

   W piątek odbyła się wielka parada z „floats”, która była wprowadzeniem do meczu futbolowego. A w sobotę impreza. Trwała ona od 8pm-11pm. Ludzie brali ja całkiem poważnie. Dziewczyny już od 2 miesięcy szukały sukienek na te okazje, niektórzy ludzie wypożyczyli limuzyny, która ich zawiozła pod same drzwi szkoły... Sama impreza, moim zdaniem wcale nie przypominała imprezy szkolnej. Po pierwsze, sala gimnastyczna była pełna. Jak w klubie. Nie dało się nawet przejść. Przyszło bardzo dużo osób. Muzyka- grali głownie to, co teraz jest na topie list pzebojów. Ale styl ich tańca... Gdyby ktoś spróbował tak zatańczyć u nas w szkole, to z pewnością by go wyrzucili! Oni tu tańczą inaczej... strasznie „dirty”! I to było oczywiście na oczach nauczycieli, których było tam bardzo dużo.



Meksyk
Dziwosz Ania
2008-10-26

Miasto...............: Ciudad Valles
Klub wysyłający.....:  RC Wroclaw- Panorama
Klub przymujący.....:   RC Valles
Okres pobytu........:  lipiec 2008- czerwiec 2009
Kontakt...............:  aaniaa2@op.pl 
  




O sobie...

   Nazywam się Ania Dziwosz i mam 18 lat. Mieszkam we Wrocławiu i chodzę do 13 LO do klasy o profilu niemieckojęzycznym (co wcale nie oznacza, że owy język znam). Interesuje mnie wszystko, co jest związane z podróżami i poznawaniem nowych kultur.

   Czego oczekuję od wymiany? Przede wszystkim tego, że nauczę się przynajmniej jednego języka perfekt (chociaż na tą chwilę zapowiada się na dwa) oraz tego, że mój światopogląd rozwinie się trochę bardziej na problemy i życie krajów Ameryki Środkowej i Łacińskiej.
   Chcę też poczuć, jak to jest, gdy żyje się gdzieś daleko bez najbliższych. Fajnie też jest się nazywać ambasadorką Polski i reprezentować ten kraj!




Pierwszy miesiąc, pierwsze wrażenia...

   Wreszcie, po 34 godzinach podróży, wielu przygodach na lotniskach (związanych między innymi ze słabą znajomością wszelakich języków obcych), dotarłam do Meksyku.

    Pierwsze dwa tygodnie spędziłam w San Luis Potosi, poznałam tam chyba wszystko, co tylko możliwe: muzea, operę (w której spotkałam Polaków), dom kultury, place, placyki, sklepy, kina, wszystkie domy rodziny i bliskich znajomych Pitiny, mojej host-mamy. Największa przyjemność sprawiało mi poznawanie tych ostatnich. Śmiało mogę powiedzieć, ze Meksyk jest zamieszkiwany przez niezwykłych ludzi, niesamowicie otwartych, za każdym razem uśmiechniętych i kochających jedzenie, oczywiście na czele stoi tortilla. Jeszcze nie spotkałam kogoś, kto by jej nie lubił. Budki z przeróżnymi tacos, burritos, cochinitos i rożnymi innymi tortillami z *czymś w środku* to norma. Są przy każdej ulicy i zawsze otoczone tłumem głodnych.

    Koniec miesiąca wiązał się z przeprowadzka do Valles, miejscowości o klimacie iście tropikalnym. Jaszczurki i nieskończona ilość wiatraków w każdym domu to tutaj norma. Już pierwszego dnia poznałam znajomych mojego host-brata, Octavia. Młodzież bardzo sympatyczna, spotykam się teraz z nimi codziennie. Tylko mam jeden problem, moja znajomość języka hiszpańskiego nie pozwala mi prowadzić z nimi luźnych rozmów i dzielić się wrażeniami z minionych dni. Ale myślę, ze za jakieś 2 miesiące będzie lepiej.

   Mój pierwszy dzień. z miejscowym klubem Rotary, pojechaliśmy do ubogiej dzielnicy, która była niedawno zalana przez pobliska rzekę. Rozdawaliśmy ludziom żywność, ubrania, leki i wódę. W zamian za to zostaliśmy obdarowani pełnymi radość i wdzięczności uśmiechami.

    Musze jeszcze wspomnieć o 3 wycieczkach, na które zabrała mnie moja rodzina. Celem pierwszej była plaża w Tampico. Jak dla mnie piękna, dla tutejszych cos bardzo przeciętnego, zwykła woda, trochę słońca i pełno turystów. Podczas następnej udaliśmy się do San Miguel, miejscowości artystów. Wąskie uliczki, oświetlane przez promienie słońca, biegnące ku górze i wszystkie dochodzące do malej katedry, przypominającej ta w Barcelonie, która jest dziełem Gaudiego. Na każdym kroku pełno ceramiki i blaszanych ptaszków. Żeby podkreślić fakt tego, ze rzeczy wykonane w San Miguel to prawdziwe dzieła, dodam, ze właśnie tutaj skoczyły się moje oszczędności zabrane z Polski.

   Ostatnia wycieczka, dość krotka, ale zostanie mi w pamięci na długo. Miejsce o nazwie Micos, w wyglądzie przypominająca małą dżunglę, jest przepełnioną licznymi wodospadami, kaskadami i naturalnymi jacuzzi. Na sama myśl mam ochotę przebrać się w strój kąpielowy i pojechać tam jeszcze raz.

    Jutro niestety zaczyna się rok szkolny. W mojej szkole, IEST, będę uczęszczała do klasy trzeciej o profilu ekonomiczno-administracyjnym.

    Za tydzień mamy pierwsze spotkanie wymienców. Poznam tam wszystkich uczestników wymiany z dystryktu 4130.

   Pierwszy miesiąc minął mi niezwykle szybko, ciekawa jestem, czy tak samo będzie z kolejnymi.



Drugi miesiąc dobiegł końca...

   Drugi miesiąc dobiegł końca, ponoć teraz przyjdzie czas na kryzys i na niemożliwą do opanowania chęć powrotu do domu. Pożyjemy, zobaczymy... u mnie na nic takiego się na razie nie zapowiada.

   Na początku września mięliśmy pierwsze spotkanie dystryktu. Wrażenia: chyba nie da się wymyśleć więcej zakazów! (parę dni później okazało się, ze jednak się da). Oprócz długich wykładów czekało na nas wiele miłych atrakcji: zwiedzanie muzeów, fabryki SONY i wielka fiesta, na której serwowali nam wszyściutkie perły kulinarne Meksyku. Poznałam inne Polki z mojego dystryktu: Asie, Inez i Marcelinę, oprócz nich ponoć dwie osoby z Polski jeszcze mają dojechać. Spotkanie wspominam milo.

   Wrzesień jest jedynym miesiącem w mojej miejscowości (Valles), gdy pada deszcz. Wszystko, dosłownie wszystko zamieniło się w jedna wielka rzekę! Na lekcjach robiliśmy statki z papieru, po to, by później puszczać je na przerwie z prądem rzeczek, które utworzyły się na dziedzińcu szkoły.

   Skoro już o szkole mowa, muszę wspomnieć o moim małym sukcesie. Otóż zajęłam trzecie miejsce w konkursie na najbardziej oryginalne sombrero. Wygrałam bilet do słynnego CINEPOLIS, które odwiedzam najmniej 2 razy w tygodniu (w mojej miejscowości nie ma niestety nic ciekawszego do roboty, jak tylko chodzenie do kina i na basen).

   Musze jeszcze wspomnieć o dwóch wycieczkach. Pierwsza do Taninul, hotelu, gdzie zażywałam kąpieli błotnych, masażu i brałam udział w pogańskich obrzędach. Oraz druga do Xilitli, miejscowości położonej wysoko w górach, gdzie parzy się najlepsza kawę w Meksyku (uwielbiam kawę!).

   Z niecierpliwością wyczekuje października, ponieważ moja rodzina obiecała mi, ze w połowie wybierzemy się na zakupy do USA (w Meksyku, gdy mieszka się dość blisko granicy, w moim przypadku ok. 12 godzin drogi, wszyscy jeżdżą raz na 3 miesiące do USA na zakupy. Ponoć jest to bardziej ekonomiczne).



Meksyk
Szczudło Berenika
2008-10-22
 Miasto.............: Tijuana   
Klub wysyłający.:  RC Wrocław Centrum 
Klub przyjmujący:  RC Tijuana   
Okres pobytu....:  lipiec 2008-lipiec 2009 
Kontakt............: 
bercias@gmail.com , be_nika@windowslive.com  


O sobie... [2008.10.20]

    Nazywam się Berenika Szczudło i mam 17 lat. Mieszkam we Wrocławiu i uczę się w Technikum Gastronomicznym we Wrocławiu a dlaczego to robię? Bo uwielbiam gotować i z tym wiążę swoje plany na przyszłość.
Dlatego też wybrałam Meksyk na wymianę, ponieważ uważam kuchnię meksykańską za najlepszą na świecie i mam zamiar wrócić do Polski z pełną głową przepisów. Meksyk nie tylko ze względu na kuchnie ale na kraj, który jest naprawdę piękny , i ludzi, którzy są otwarci i zawsze pomocni.

    Miasto w którym siedzę ten rok - Tijuana nie do końca jest miastem typowo meksykańskim ale ma też swoje plusy- sam fakt, że jest to Baja California oraz to, że od domu mam 10 minut do granicy ze Stanami.

    Uwielbiam podróżować, poznawać nowa kulturę, mam wielka nadzieję na nauczenie się języka hiszpańskiego i zawarcie znajomości takich żebym mogła tu wrócić w każdej chwili

    Mam nadzieje ze pobyt w Meksyku da mi niezapomniane chwile i wspomnienia na całe życie ale także, że da mi szkołę życia, która zmieni mój pogląd na świat i innych ludzi.

    Rok w Meksyku...to musi być najwspanialszy rok mojego życia.


Zaczęło sie... [2008.08.20]

    Przyleciałam do Tijuany i na lotnisku czekał na mnie brat, mama, mój counselor i charman dystryktu czyli tato. Pojechaliśmy do domu który znajduje się w najbogatszej dzielnicy Tijuany, co sam dom odzwierciedla a wszystkie domy i tak sa dwa razy większe niz. ten mój i wyglądają jak pałace!!

    Mój dom jest razem z dwoma innymi ogrodzony płotem i brama koło której stoi budka strażnicza i musisz mięć pozwolenie od domu, do którego jedziesz na wjazd lub znać kod do otwarcia bramy.

    Mój dom to 6 sypialni, każda z garderoba wielkości mojego pokoju(tego we Wroclaiwu) i łazienka takiej samej wielkości, mamy ogromną wypasioną kuchnie połączoną z salonem, pokój do odpoczywania, biuro taty, piękny ogród ach no i 4 psy czyli 2 malutkie: Fiona i Fabien, które mieszkają w domu i Fiona mnie uwielbia i jestem ponoć pierwszą osobą, na którą nie szczeka, i zawsze przychodzi rano się przywitać i cały dzien. najchętniej spędziłaby na moich rękach oraz dwa duże psy Happy - malamutan i Eskimo- husky, które mieszkają na dworze.

    Mieszka z nami pomoc domowa- Natalia, która jest właściwie częścią rodziny bo mieszka tu i pracuje od 20 lat razem z synem 6 letnim- Alexem. Mój pokój jest, z dużą szafą zamiast garderoby i łazienką dużą dla siebie, cała utrzymana w kolorach bordo złoto więc.....

    Na przeciwko nas mieszka mężczyzna, który jest strasznie ważnym biznesmenem i ma czarne interesy, więc ciągle pod domem stoją auta z ochroniarzami lub przyjeżdżają ci ´´ciemni´´ ludzie wypasionymi autami robić interesy.

    Sąsiadem naszym jest też prezydent Tijuany a jego syn Joge będzie chodził ze mną do szkoły i z nim będę wracać ze szkoły, jeśli brat(bo zawsze z kimś muszę wracać) będzie kończył dużo poniżej lub wcześniej, i oczywiście pod ich domem ciągle kreci się policja a każdy członek rodziny ma ochroniarza swojego, ach w ogóle jest tu popularne mięć ochroniarza.

    Niezbyt podoba mi się to, jak mieszkamy - jest to taki styl amerykański a ja chciałam zobaczyć bardziej prawdziwy Meksyk a najgorsze jest to, że nigdzie nawet na próg domu nie mogę się ruszyć sama, zawsze z kimś - na zakupy z kimś, na spacer z kimś wszędzie!! No i żeby wrócić do domu ze szkoły będę musiała czekać na kogoś. uhhh..

    Byłam dziś w szkole, żeby się zarejestrować- dziś był taki dzień rejestracji i każdy musiał przyjść to zrobić, wiec jestem już uczennica CETYS. Zwiedziłam szkołę i wygląda tak jak na filmach- duży teren z różnymi budynkami z których trzeba przechodzić z lekcji na lekcje, restauracja na środku, na dworze stoliczki żeby zjeść lunch, duże boisko do footballu amerykańskiego i takie tam. Lekcje zaczynają się codziennie o 7 rano i zamykają bramę 7 więc nie możesz się spóźnić. Musze chodzić na wszystkie lekcje tzn. powinnam.... ach a najważniejsze- w straje są na szczęście najprostsze jakie mogą być czyli jeansy a do tego koszulka polo biała lub czarna z logo szkoły a na zimę bluza czarna z logo szkoły, więc chyba jakoś to przeżyje.

    Poznałam dziś dziewczynę też z wymiany, która jest już tu tydzień a jest z Estonii. Nazywa się Ina, ma 18 lat, bardzo mila, taka wygadana, zobaczymy. Reszta wymienców ma przyjechać wkrótce tak około 16 sierpnia i ma być tu 9 wymienców: chłopak z Tajwanu, ja, Estonia, Brazylia może 3 osoby, Niemcy a dalej tato nie pamiętał.

    Oohhh byliśmy dziś na meczu bejsbolu: nuda jak nie wiem:! A żeby tam pojechać musiałam przekroczyć granice, bo stadion jest w San Diego, piękne miasto tzn. takie typowo amerykańskie: na ulicach pełno grubych amerykanów i chłopców jeżdżących na deseczkach saketbordowych mniam mniam ! I tu wszyscy z Tijuany zawsze na zakupy, ponieważ jest w San Diego ponoć dużo dużo taniej. Właśnie jeśli chodzi o zakupy, to muszę kupić sobie jakieś CIEPLE CIUCHY. Tak tak nie pomyliłam się- nie dość, że w domu jest zimno- jest położony wysoko i ciągle wieje, ja zamarzam, to jeszcze tak około 16-tej robi się tak zimno, że paść można. Ja na tym meczu zamarzałam!!! tzn. tak miedzy 11-16 w tych niżej położonych częściach Tijuany, jak np. szkoła, jest bardzo gorąco ale potem można zamarznąć. Na meczu nie siedzieliśmy na stadnie, tylko przed stadionem jest takie wzgórze, gdzie wszyscy przychodzą z kocami całymi rodzinami z dzieciakami oglądać mecz w taki sposób, co podobało mi się ale sama gra-nuuuuuda. Zawsze podczas meczu jest jakąś promocja, np. raz jest zniżka dla dzieci raz jest zniżka na ciuchy z napisem zespołu a dziś hotdogi i picie były po 1 dolarze więc wszyscy wpadli w szał i opychali się hotdogami i popijali cola fuuu!!

    Wracając do poznania wymieńca, to mama moja w tym celu zorganizowała dziś śniadanie czyli przyszła Inga z mamą oraz dziewczyna, która jedzie stąd za tydzień na wymianę do Estonii. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy a na śniadanko najpierw podane były owoce z jogurtem potem burtitos, flavautes i sałatka z kaktusa- mniam!! było bardzo miło.

    Jak wygląda tu dzień (oczywiście dzień. wakacji lub po prostu weekend)?

    Wstajemy o której chcemy, ja zazwyczaj o 10, 11 i, jemy śniadanko czyli płatki z mlekiem lub tosty lub qasadillas, co uwielbiam czyli tortille z serem mniam, lub hot cackes. Potem przychodzi na lunch koło 3-ej tato. Ogólnie cały dzien. siedzi w pracy, tylko na lunch i to nie zawsze wpada do domu. Obiad wygląda tak, że najpierw jemy sałatę, rukole z serem tofu pomidorem i orzeszkami(taka sałatka najczęściej) potem jest zupka, potem jest drugie danie potem są owoce czyli pokrojone mango, figi, banany, melon z jogurtem a potem ciastko z lodami- tak tak jemy. Ciągle i ciągle muszę coś próbować, potem hmm nic nie robimy, odpoczywamy czyli sjesta a potem znów jemy owoce i to wszystko dzien. się kończy około 11 czyli teraz wszyscy śpią już tylko brat poszedł na imprezę. Wszystkie imprezy są robione w domach... a do klubów boją się chodzić, bo tam się mogą miesząc z tymi biedniejszymi...

    Wracając do rodziny, to mam siostrę 12 lat Karolina, brata 17 Rodrigo, który za tydzień leci do Polski do Lublina na wymianę, brata Fernando 21 lat, który och właśnie wrócił z Kanady. Był tam z przyjaciółmi na wycieczce i siostrę Adriannę 23 lata, która za miesiąc leci do Francji na wymianę z uniwersytetu i będzie tam do grudnia. Szkołę zaczynam w poniedziałek, zobaczymy jak będzie trochę się boje.... Brat wrócił dziś wiec jutro wydaje mi się, że dam im prezenty, bo czekałam żeby byli wszyscy razem.

Australia
Górka Paulina
2008-10-29
 
Miasto...............:  Melbourne
Klub wysyłający.....:  
RC Wroclaw
Klub przymujący.....:   North Balwyn Rotary Club  

Okres pobytu........:  sierpień  2008- czerwiec 2009
Kontakt...............:  
pgorka@interia.eu 
O sobie...

    Jestem Paulina Górka. Klub, który wysłał mnie na wymianę to Rotary Klub Wrocław Dystrict 2230. Od 12 tygodni (minie jutro) jestem w Australii na wymianie młodzieżowej. Mój klub tutaj to North Balwyn Rotary Club District 9800, rzecz jasna w Melbourne. Działo się już bardzo wiele. Zwiedziłam kilka, a może już mnóstwo miast w Victorii.

    Jestem tu bardzo szczęśliwa. Celebrowaliśmy moje 17-ste urodziny z kochanym i zabawnym klubem North Balwyn. Biorę zawsze czynny udział w rożnych imprezach organizowanych przez mój klub tutaj, jak np. Bike Rading, Progressive Dinner, co tygodniowe spotkania z Rotarianami... i wiele innych.


Dlaczego wymiana do Australii?

1.     nauka języka (to raczej australijski jest niz. angielski
2.     poznanie nowych kultur
3.     poznanie ciekawych ludzi
4.     dobre reprezentowanie kraju (Polski)
5.     nawiązanie kontaktów z rówieśnikami z innych krajów
6.     kangury i misie koala!
7.     gorący klimat
8.     na drugi koniec świata? %u2013 dlaczego nie?!
9.     plaże, ocean, słońce
10.     nowe piękne doświadczenia, których się nie zapomina!

To mój dekalog! Tego się trzymam!

Moje zainteresowania:

    Moja wielka miłością jest gra na organach. W przyszłości jednak planuje zostać dyrygentką, jeśli nie, to chce zostać organistką z wielkim zapałem do pracy. Wszystko związane z jednym tematem: muzyka! To kocham i nigdy z tego nie zrezygnuje. Oprócz tego uwielbiam pływać i grac w siatkówkę.



Moja podróż do Australii: Warszawa - Londyn - Hong-Kong – Melbourne...  

    W pierwszym samolocie stałam się w szybki sposób cała mokra. To dlatego, że mały Dawid (dziecko, które siedziało obok ) oblało mnie herbatą. To maleństwo miało 10 miesięcy. Rzucało wszystkim czym się dało i ciągle płakało. To maleńka przygoda.

    Później zaczęło się dziać więcej, czyli zmiana terminalu na lotnisku w Heethrow. Z pierwszego terminalu na czwarty podróżowałam autobusem. Gdy tam w końcu dotarłam nie byłam pewna gdzie pójść. Lotnisko wielkie! OK, jakimś cudem znalazłam przejście przez bramki bezpieczeństwa i idę po odbiór biletu. Dostaje go i wszystko OK, jednak do czasu. Idąc w poszukiwaniu GATEu (nie mam zielonego pojęcia jak to się stało i gdzie) zgubiłam bilet. Teraz jest to bardzo zabawne i nie mogę uwierzyć jak to zrobiłam. Szybko wróciłam do okienka biletowego. Tam kasjer obok miął mój bilet w swojej ręce. Uff, Odetchnęłam z ulgą. Bilet to nie taka łatwa sprawa, jeżeli nie było napisane, z którego GATEu startuje mój samolot. W takim razie poszłam do informacji. Pytam gdzie powinnam pójść. Kobieta napisała mi na kartkę GATE 11. Poszłam tam. Żadnej ciekawej duszy. W ogóle tam nikogo nie było. Samolot miął odlecieć o 12:25. O 12:20 stwierdziłam, ze ta pani chyba się pomyliła I poszłam pytać kogoś innego. Okazało się, ze to miał być GATE 10. W takim razie biegłam pod dziesiątkę. Dobrze, ze się skapnęłam w porę. Potem już żadnych ciekawych przygód.

    Tak krótko o tym, czego nie napisałam w ostatnim Emilu. Dziękuję gorąco za dodanie ostatnich moich kilku słów. na stronę internetowa. Wiem, ze to dość późno, ale spróbuje troszkę nadrobić to, co powinnam napisać. To napewno będzie przydatne dla innych młodych ludzi, którzy chcą przyjechać na wymianę.

    Oczywiście na pierwszym miejscu polecam AUSTRALIE! To naprawdę nie do opisania! To trzeba zobaczyć na własne oczy !



Pozdrowienia z rozgrzanego Melbourne!...                   [2008.11.15]

    W Australii jestem 14 tygodni. Każdy dzień tutaj przynosi mi wiele doświadczeń I wspaniałych przygód. Po pierwszym miesiącu moi piersi host rodzice zabrali mnie na cudowne wakacje do Noosa! Ten czas spędziłam na rożnych plażach. W ciepłych promieniach słońca szybko "klapnęłam" piękną opaleniznę. Nigdy nie zapomnę tych siedmiu uroczych dni!


Moja szkoła...                   

    Moja szkoła to tylko dziewczęca szkoła katolicka. Mam wiele wspaniałych koleżanek, które wprowadziły mnie już w pierwszy dzień w życie szkoły. Tu wszystko wygląda inaczej. Nauczyciele są bardzo uprzejmi I pomocni w rożnych problemach. Są w mojej szkole dwie uczennice na wymianie z Francji. Są naprawdę kochane! Lubimy spędzać ze sobą wolny czas. Moja homeroom nauczycielka, jak się szybko okazało, ma rodziców pochodzących z Polski I potrafi powiedzieć parę słów po polsku, ale teraz rozmawiamy tylko po angielsku.


Mój Rotary Club...                   

    Nigdy nie myślałam, ze będzie tak zabawnie! Dobrze się czuje z nimi na każdym cotygodniowym spotkaniu. Zawsze przygotowuje na ten wieczór małe przemówienie, co robiłam w zeszłym tygodniu. To jest bardzo pomocne w nauczaniu się języka, a szczególnie mam na myśli slang australijski.


Wyścigi konne i mecz australijskiego footballu AFL...                   

    W zeszłym tygodniu byłam na wyścigach konnych, czyli Melbourne Cup . Bawiłam się wspaniale: typowanie koni, oglądanie dam w niesamowitych sukniach i przeróżnych kapeluszach. To był uroczy dzień. z moimi pierwszymi hostami!

    Dnia 31 sierpnia byłam na meczu australijskiego footballu AFL na wielkim stadionie w Melbourne MCG . Drużyny grające to Melbourne i Richmond. Zabrał mnie Greg Ross, który jest członkiem mojego rotariańskiego klubu i który bardzo mocno interesuje się tym sportem. Ten mecz przebiegł nie po mojej myśli, ponieważ Melbourne przegrało, a ja tak zacięcie kibicowałam im Jednakże cieszyłam się, ze mogłam zobaczyć australijskie team’y na żywo. To wielce celebrowany sport w Australii. Nie znam Australijczyka, który nie interesowałby się tym. To oczywiste, ze oglądałam Grand Final AFL w telewizji: Hawthorn vs Geelong. Mogę powiedzieć, ze byłam usatysfakcjonowana wynikiem, bo kibicowałam zawodnikom z Hawthorn, którzy grali świetnie I tym samym stali się zwycięzcami.
Hip-hip hurra!!


Muzyka...                   

    Interesuję się muzyką, dlatego chodziłam na kilka koncertów organowych: dwa w Melbourne Town Hall , jeden w Hawthorn Town Hall i jeden w kościele anglikańskim. Każdy z nich wspominam doskonale. Zauważyłam, ze ta muzyka pochłonęła moją host mamę, jej imię Ala.


Brazylia
Szuba Kinga
2008-11-10
Miasto.................: Sao Paulo
Klub wysyłający.....:  Rotary Klub Bydgoszcz-Brda
Klub przyjmujący....:  Rotary Klub Guarulhos
Okres pobytu........:  07 sierpnia 2008 – 20 czerwca 2009
Kontakt...............:  
kinga_szuba@hotmail.com


O sobie...                   [2008.11.05]

    Nazywam się Kinga Szuba i już za kilkanaście dni skończę 18 lat. Chodziłam do LO Radosna Nowina 2000 w Piekarach, kiedy wpadł mi do głowy szalony pomysł. Złapałam się go i nie wypuściłam z rąk.
Jak doszło do tego, że stałam się jedną z intercambistów, to długa historia i bardzo kręta. Jednak chce się z Wami nią podzielić, pokazać jak dochodzi się do celu i jak trzeba być upartym w swoich postanowieniach, żeby coś osiągnąć.

Wyobraźcie sobie....

    Zmęczona szkołą, ciągłymi sprawdzianami, wytężaniem umysłu i ciała wróciłam na długi weekend majowy do domu. Moja szkoła znajduje się pod Krakowem a moja rodzina mieszka pod Zakopanem, także większość miesiąca spędzam na stancji wraz z innymi studentami z mojej szkoły.

Wróciłam...

    Choć mogłam zostać w szkole, robić kurs na młodszego ratownika a jednak coś mnie skusiło, żeby zrezygnować i teraz bardzo cieszę się z tej decyzji. Dlaczego?
    Właśnie w ten majowy weekend roku 2008 po długiej rozmowie z moją koleżanką, która właśnie była w Sao Paulo i kończyła wymianę, podjęłam decyzje, że chce poznać Brazylię, nagiąć czas o 5 godzin i po prostu żyć.

Tylko jak?

    Jestem w 2 klasie liceum, a przecież AF składało się na jesień…tamtego roku, nie ma szans. Dobra to po maturce, na której notabene nie wiedziałam co zdawać, na spokojności wszystko pozałatwiać i może się uda. Rodzice się zgodzą.

Termin wyjazdu.... Wielonek.......

Napisałam kilka maili do Rotary z zapytaniem czy jest możliwość wyjazdu do Ameryki Południowej mając 19 lat. Odpowiedź od wszystkich osób przyszła rozpatrzona pozytywnie. Yeah!!! Siostra mogę jechać po maturze na wymianę na rok 2009 na 2010. Jej reakcji nigdy w życiu nie zapomnę…”Kinia, ale w 2009 w październiku mam przecież ślub, nie wyobrażam sobie żeby Cię na nim nie było, po prostu…to nie będzie…proszę”. I obie ze świeczkami w oczach i zgaszonymi nadziejami zamknęłyśmy się w swoich pokojach. Ale nie poddałam się, nie odpuściłam. Napisałam do niejakiego pana Wojtka Śmigla czy jest możliwość wylotu nie w lipcu / sierpniu, ale np. w listopadzie i wyjaśniłam całą historie z siostrzaną miłością.

    Odpowiedź zatrzymała mi pracę serca i krew na ten moment zastygła w żyłach…”Czemu nie miałabyś spróbować w tym roku? Przyjedź na spotkanie dla intercambistów do Wielonka i tam będziemy negocjować z klubem krakowskim. Stracisz jedynie 200zł a zyskać możesz naprawdę dużo”
    Jeśli by się udało…nie mogłam sobie tego wyobrazić. Cóż, stracę moją klasę, będę musiała zdawać maturę z matematyki, zmienioną maturę z polskiego…ale z drugiej strony co mnie tu w Polsce trzyma? Jeśli wiem, że mam zaufanych przyjaciół, którzy kochają i będą czekać rok w tęsknocie, tak samo kochanych rodziców którzy mi pomogą i dadzą sobie radę beze mnie.

    No to pojechałam na to spotkanie, co się tam działo zostawię tylko dla siebie. Grunt, że efekty możecie zobaczyć dzisiaj. Jestem w Brazylii i nadal nie mogę uwierzyć, że dopięłam swego, mimo że było naprawdę ciężko.

No to jadę.......

    Nie polecam załatwiania wszystkiego w 2 i pół miesiąca, poczynając od AF kończąc na szczepionkach, można nabawić się stanu nerwowego. Bilet miałam wykupiony zaraz po tym jak znalazłam rodzinę dla mojego wymieńca, a wizę otrzymałam 4 dni przed wylotem. Było piekielnie ciężko, cały czas presja ze strony daty na bilecie i wielka niewiadoma (czy znaleziono dla mnie klub w Brazylii), która nie pozwalała mi zasnąć Ale z wielką pomocą rodziców, wsparciem ze strony znajomych i najbliższej rodziny i w końcu pana Wojtka, który udowodnił mi że można spełniać marzenia, uwinęłam się z wszelkimi papierkowymi robotami i poleciałam.

    Mam nadzieję, że dzięki tej ciężkiej pracy, którą włożyłam w ten wyjazd tutaj, mogę bardziej doceniać to co tutaj się dzieje i to co jest mi tutaj oferowane. Jeśli ktoś pracuje na trzy zmiany, żeby zdobyć pieniądze na bilet, niech będzie dumny z siebie, bo to już jest początek wymiany, a raczej wielkiej zmiany jaką doświadczamy przez ten rok.

    Nie będę opisywać jak wygląda, smakuje, brzmi Brazylia, bo to możecie sobie poczytać na moim bloogu : http://www.kinga-in-brazil.bloog.pl Zresztą uzbierało się tego za dużo po trzech miesiącach pobytu w SP.

To ma być najważniejszy rok.......

    Tutaj chce napisać o czymś ważniejszym, co może Wam pomóc w podjęciu decyzji i upewnieniu się czy chcecie jechać albo przeczekaniu kolejnego roku i wyruszeniu, kiedy już będziecie pewniejsi albo po prostu zrezygnowaniu.

    Ten rok jest nie tylko po to żeby nauczyć się nowego języka bądź podszkolić już poznany. Lecz przede wszystkim po to, żeby odkrywać siebie po trosze, nauczyć się kawałka życia i odpowiedzialności, próbować nowych rzeczy, łamać bariery w swojej głowie i najważniejsze, że nie jedziecie na wymianę tylko, żeby zwiedzać turystyczne zakątki. Jedziecie tu dla ludzi.

    To do nich będziecie pisać po powrocie, o nich będziecie opowiadać historie, pokazywać najciekawsze zdjęcia z nimi w roli głównej. Będziecie mieć tatów i mamy, których nie zapomnicie do końca życia, bo to były tylko 3 miesiące życia z nimi i pokazywali się z tych najlepszych stron i takich ich zapamiętacie. To ludzie będą Waszą energią i pocieszeniem. Nowi przyjaciele, którzy jeszcze odwiedzą Was w Polsce. Ludzie. Jeśli Wy dacie im kawałek wiedzy o Polsce, kawałek siebie, kawałek troski i miłości, oni oddadzą Wam ze zdwojoną siłą.

Po trzech miesiącach w Brazylii....

    Po trzech miesiącach bycia w Brazylii, czuje się jak Brazylijka. Bynajmniej nie chodzi tu o wygląd . Chociaż souvenir w postaci okrąglejszego brzuszka rośnie, to najważniejsze jest to jak zmienia się Wasze życie. Ja zawsze miałam problemy z nerwami, szarpałam się z nimi jak szalona. Teraz się uspokoiłam. Czekam na właściwy moment, niczego się przecież nie przyspieszy i nie przeskoczy. Lekcje cierpliwości przeszłam już w pierwszym miesiącu.

Rodzina...

    Trafiłam do cudownej rodziny, ale nikt z tej rodziny nie mówi po angielsku. Ja, bez żadnych podstaw portugalskiego, bo nawet nie miałam czasu na naukę w Polsce, zresztą stwierdzam, że szkoda czasu w Polsce na język którego będziecie się uczyć, lepiej powtórzyć sobie angielskiJ

    No i taka ja trafiam sobie do rodziny, w której przez pierwsze dni posługuje się językiem migowym i łapie słówka szybciej niż to sobie możecie wyobrazić. Uwielbiam mojego host tatę i mam wiele pytań w mojej głowie, ale gdzie tam portugalski 100 lat za murzynami.

    No i siedzę, i się wkurzam na ten język, przeklinam po polsku, dokucza mi nieustanny ból głowy, wszystko wydaje się takie trudne i skomplikowane, kiedy wcale takie nie jest. Po miesiącu zwolniłam, uspokoiłam się, otworzyłam na język z pomocą host taty i od tamtego momentu wszystko jest takie proste i jasne. Poza tym pomału nakreślam sobie ścieżkę, co chce w życiu robić, jakie przedmioty zdawać na maturze, jakie wybrać studia itd.

Tęsknota....

    Druga sprawa. Będziecie tęsknić, szczególnie jeśli byliście z kimś bardzo blisko czy to z rodziną, chłopakiem, najlepszym przyjacielem. Nawet mnie, będącej w domu tylko przejazdem i przyzwyczajonej do życia wśród obcych osób, jest ciężko.

    Jednak uważam, że każda tęsknota jest dobra jeśli tylko nie przeradza się w depresje. Dlatego uważajcie z tymi telefonami do Polski, przebywaniem w samotności z komputerem itp. Dajcie z siebie wszystko, w szkole angażujcie się we wszystko co proponują nawet jeśli nie wiecie co to będzie. Ja np. takim sposobem zostałam wykładowcą historii polski podczas I Wojny Światowej…zważcie na to że nie lubię historii, ale przełamałam się poczytałam, dopytałam, zainteresowałam się, obudził się we mnie patriotyzm i tak zostałam pomocnikiem mojego historyka i teraz wiem, że mogę liczyć na jego pomoc. A uczniowie dowiedzieli się jak ciężka jest historia Polski.

Jak w rodzinie....

    Angażujcie się w życie rodzinne, wzbudźcie w host rodzicach rodzicielską miłość. Budujcie zaufanie, bo to rodzina jest pierwszą pomocą w trudnych chwilach, w pierwszych miesiącach nie podpadnijcie, więc lepiej nie wychodzicie za dużo na ballady, tylko zbudujcie atmosferę rodziny, bo warto. I jeszcze jedno bardzo ważne, żeby nie spieszyć się z wszelkimi wypadami z nowymi przyjaciółmi, na wszystko przyjdzie czas. Lepiej pogodzić się z faktem, że jedziecie na plaże z rodzina a nie z przyjaciółmi, niż robić wielką kłótnie i jechać w atmosferze, którą można by było posiekać nożem i sprzedawać jako kostki nienawiści.

Nie wszystko Wam powiem....

    Tak mi się nasuwa jeszcze jedna rzecz, ale waham się czy uchylić rąbka tajemnicy, czy zostawić to w mgle tajemnicy i czekać aż sami to odkryjecie. Tak chyba będzie lepiej. Dochodzić do niektórych rzeczy samemu. Lepiej się to później pamięta.

    Wszelkie pytania, zażalenia i skargi proszę kierować pod wyżej wymieniony adres e-mail. Z chęcią opowiem coś więcej, jeśli tylko znajdę czas:) I raz jeszcze : Tak piekielnie się cieszę, że tu jestem, choć bywają dni gorsze. Na szczęście po tych złych zawsze przychodzą te lepsze



Alaska USA
Korczyński Gracjan
2009-03-03
Miasto...............:   Eagle River Alaska
Klub wysyłający...:  Rotary Club Wrocław
Klub przyjmujący..:   Rotary Club of Eagle River
Okres pobytu......:   sierpień 2008 - lipiec 2009
Kontakt..............:   gracjan@live.com

O sobie ...            

    Nazywam sie Gracjan Korczyński i mam 16 lat. Ukończyłem Publiczne Gimnazjum nr 2 w Jelczu-Laskowicach. W chwili obecnej przebywam w U.S.A w stanie Alaska na rocznej wymianie młodzieżowej sponsorowanej przez ROTARY Klub Wrocław distrykt 2230.
    Mieszkam już nawet nie wiem od jak dawna w małym miasteczku o nazwie Eagle River. Myślę że jestem juz tutaj około sześciu miesięcy.

Zainteresowania:
    Moim wielkim marzeniem jest pracowac jako architekt albo jako inżynier w firmie budowlanej, najlepiej jak by była ona moim własnym biznesem. W wolnych chwilach bardzo lubie grać na gitarze i na perkusji, słuchać muzyki, spedzac dużo czasu ze znajomymi. Być ciagle zajęty czymś ważnym lubie pomagać slużyc jako wolontariusz w różnych akcjach.

Krótko o Alasce:
   Alaska jak sie tylko o tym mówi, to myśli sie o zimnym klimacie i ogólnie o jakimś odludziu ale nie jest tutaj aż tak źle. Wszyscy są przygotowani na temperatury poniżej -40 stopni C. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem tak grubych butów w jakich tutaj ludzie chodzą. Nawiązując do odludzia to jest nie prawda no nie jest to jak w Polsce. Nie widziałem żadnego bloku czy jakis domów wielo rodzinnych. Mają tu tyle miejsca i im to nie jest potrzebne.
   Wszędzie czy jade do szkoły czy do miasta jade autostradą 65 km/h nawet jak mam szkołe 10 km od swojego domu to dojeżdżam w 8 min z moim host tatą. Drogi tutaj maja bardzo dobre nie to jak w Polsce. Niedźwiedzie i Łosie są tutaj często spotykane potrafi sobie taki wielki jeden czy drugi wyjść na autostrade i blokowac przez kilka minut. Sam widziałem nie raz niedaleko mojego domu i to jest tu normalne.
   W zimie miałem okazje zobaczyć zorze polarna - światlo zielone które sie porusza po niebie było to bardzo interesujące przeżycie.


ROTARY END POLIO NOW!!!

   Wczoraj brałem udział w akcji zbierania dotacji na walke z Polio, które nie dokońca zosało usuniete. ROTARY zwalczylo około 99% ale, jest ono jeszcze w 4 krajach, które jest łatwo zapamietac w ten sposób:
P akistan
A fganistan
I ndia
N idżeria

(Pain w tłumaczeniu z angielskiego na język polski onzacza ból.)

   Byliśmy podczas startu wyscigu zaprzegów z psami. Wszyscy wymieńcy byli w specjalnych koszulkach END POLIO NOW. Jest to akcja uzbierania 200 milionów dolarów do 2012. Jak zdołamy to zrobić, to fundacja Bill'a Gates'a wspomoże nas kwotą 355 milionów dolarow. Łaczną kwotą uda nam sie zwalczyć tą straszną chorobę.
   Tutaj jest link do strony która wyjaśni i wytłumaczy do końca na czym polega to przedsięwzięcie:

rotary.org/endpolio

można tam wspomóc akcje dotacjami napewno wszelskie są bardzo mile widziane.

   Dziś akurat miałem czas na to żeby sie rozpisać mam teraz akurat ferie wiosenne. Już wkrótce polece do Barrow -jest to najwyższy punkt Alaski. Miałem być tam dziś, tylko że narazie jest za zimno. To wtedy znowu coś napisze.
 
OsĂłb On-line: 1
Licznik odwiedzin: 2153
Dzisiaj stronę odwiedziło: 718 osĂłb
Wczoraj stronę odwiedziło: 101 osĂłb
 
 
 
Rotary Lublin 2010. All rights reserved. Design by ArtWebStudio